Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludmila. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludmila. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 maja 2015

Carrera o amor?


Największym błędem ludzi jest to, że nie potrafią oni docenić tego co mają. Cóż, przynajmniej dopóty to mają. Dopiero kiedy to zwykłe coś, co było nudne i zwykłe, ale jednak twoje, dopiero wtedy można odczuć tą pewną pustkę.

Ja w tym momencie miałam dokładnie wszystko czego pragnęłam przez prawie całe swoje życie.
Czego pragnęła dla mnie matka. I z czego dumny był ojciec, bo mimo tego, że widywał mnie raz na kilka miesięcy, to już zawsze jego nazwisko było okryte sławą.

Cóż, pewnie większość moich starych znajomych dziwnie się czuje patrząc na mnie teraz. Jestem gwiazdą, mam najdroższe buty, w których prowadzam się po czerwonych dywanach. Kiedy śpiewam, tłumy wiwatują i skandują moje imię. Znam osobiście mnóstwo sław, których kiedyś plakaty wywieszałam na ścianie, a teraz nazywam ich przyjaciółmi.

Kariera była moim życiem, wszystko inne odsunięte było na dalszy plan. Byłam suką, bo to było łatwiejsze. Najlepsza przyjaciółka od szkolnych lat zwała się teraz już nie tylko 'przyjaciółką' ale również asystentką, której z dobroci serca płaciłam całkiem niezłą pensyjkę. Cóż, wytrzymywanie moich humorów pewnie nie było zbyt przyjemne.

-Podaj mi wodę. - powiedziałam leżąc na wygodnej, czerwonej kanapie ustawionej na środku mojego salonu.

-Oczywiście. - Natalia od razu ruszyła w stronę kuchni bez mrugnięcia okiem. Już chyba się nauczyła, że ze mną nie warto było dyskutować.

-Niegazowana, tak jak lubisz. - podała szklankę pełną przezroczystego płynu.
Cóż, może i powinna zwracać się do mnie per 'pani', ale nie byłam aż taką zołzą. W końcu wciąż była moją jedyną prawdziwą przyjaciółką, której mówiłam sporo o sobie, innym 'przyjaciołom' z mojej branży raczej nie zdradzałam osobistych sekretów.

-Dziękuję. - powiedziałam łaskawie wywołując uśmiech na jej twarzy.

Cóż, od zawsze jej na mnie zależało. Próbowała miliony razy się ode mnie odsunąć i zacząć karierę na własną rękę, ale nie miała na to dość siły woli. Zawsze wracała, a ja zawsze łaskawie przyjmowałam ją z powrotem.

Potem usiadła i zaczęłyśmy plotkować, tak jak zwykle. Wtedy przestawała być asystentką a stawała się po prostu Naty, która spełniała każdą moją zachciankę.

-Ludmila, miałam ci powiedzieć to już wcześniej, ale było to nagranie a potem wywiad i uznałam, że lepiej, żebyś się położyła i...

-Dobrze, dobrze, wybaczam. Teraz mów o co chodzi.

Westchnęła i sięgnęła do swojej torebki.

-Dostałaś kolejny list. No wiesz od Federico...

Zacisnęłam zęby patrząc na śnieżnobiałą kopertę. Wiedziałam, aż za dobrze.

Choć nie do końca rozumiałam. To było ponad trzy lata temu, a on ciągle pisał. Na urodziny zawsze wysyłał prezenty, choć ja nigdy tego nie robiłam. Dzwonił, a ja nigdy nie odbierałam. Pisał... nigdy nie odpisywałam.

-On się nigdy nie podda? - zapytałam sama siebie wznosząc oczy ku niebu.

Wolałam żeby to zrobił. Byłoby mi o wiele łatwiej. W ogóle wolałam nigdy go nie poznać, wtedy byłabym w stu procentach szczęśliwa w swoim życiu księżniczki.

A teraz choć na pozór byłam, to... eh, zawsze zastanawiałam się co by się stało, gdybym wtedy nie wsiadła do tego samolotu.

-Kocha cię. I ty też go kochasz, przecież widzę.

-Milcz! - wrzasnęłam z zamkniętymi oczami. Westchnęłam bardzo głęboko.

-Sama siebie okłamujesz, Lu. Ale dobrze, skoro tak chcesz. Odpisz. Napisz, że nie masz ochoty czytać tych listów, że to wszystko już dawno skończone, że wybrałaś i jesteś szczęśliwa. Tylko napisz to tak, żeby on uwierzył. Dajesz przedstawienia w telewizji jaka to jesteś szczęśliwa, jak to spełniły się wszystkie twoje marzenia, a on dalej pisze. Dalej ci nie wierzy. I ja też nie.

Milczałam. Miliony razy zastanawiałam się nad słusznością swojej decyzji. I im więcej o tym myślałam tym bardziej byłam pewna, że zrobiłam źle.

-Nie jest za późno.

-Jest.

Odezwałam się półgłosem.

-Nieprawda.

-A co ty możesz wiedzieć? - prychnęłam. - Znam na pamięć każdą jego piosenkę, płaczę po nocach, a rano nakładam tonę tapety na twarz, by wyglądać na szczęśliwą. Usta mnie bolą od tego uśmiechania się do kamer, od śpiewania tych cukierkowych tekstów o miłości, kiedy ja swoją odrzuciłam.

-Napisz do niego.

-Nie będę się płaszczyć.

-Więc co zamierzasz?

-Nic.

Więcej nic nie powiedziała, wyszła kilka godzin później zostawiając mnie samą w moim przepięknym, ogromnym, przedrogim domu, który dusił mnie swoją pustką.

Czytałam list. Jak zwykle. Ale pierwszy raz odpisałam.

Przepraszam. Kocham cię. Żałuję. Ale nic nie mogę już teraz zrobić.

Cztery krótkie zdania, bo za bardzo trzęsły mi się ręce by pisać więcej.

Nie odpisywał, a mnie jeszcze ciężej było utrzymywać pozory na scenie. To było takie dziwne uczucie czekać na ten list, czekanie na niego jak na wyrok 'żyjesz lub umierasz'. Dopiero wtedy dotarło do mnie że on czekał tak od trzech lat.

I uderzyło mnie to podczas udziału w jakimś talk-show, uderzyło dogłębnie w taki sposób, że mój uśmiech zniknął w przeciągu sekundy, nie wiedziałam o co pytali, tylko przez chwilę wpatrywałam się przed siebie ze łzami w oczach.

-Ludmila, wszystko w porządku?

Zaśmiałam się zaciskając zęby.

-Co ja tu robię? -szepnęłam patrząc w sufit i kręcąc głową. - Zły priorytet. - westchnęłam głęboko.

-Więc odpowiesz na moje pytanie?

-Co? O, nie. - zaśmiałam się patrząc na prowadzącego i na nowo kręcąc głową. - Są osoby, z którymi teraz muszę porozmawiać, bo zwlekałam już za długo. Niech pan sobie tu weźmie inną gwiazdeczkę, bo ja już chyba w końcu to rzucam. Dziękuję za rozmowę, no przynajmniej chwilę rozmowy. Dużo mi dała, naprawdę. Żegnam.

I wyszłam, po czterech minutach rozmowy zostawiając prowadzącego z otwartymi ustami przed zdziwioną publiką. Cóż, będą mieli o czym pisać w gazetach.

-Naty, sprawdź mi najbliższy samolot do Włoch.

-Zdążymy na koncert, ale przecież to pewnie wiesz. - dziewczyna nie kryła rozbawienia.

Ludmila też się zaśmiała.

-Załatwisz bilety w pierwszym rzędzie? I wejście za scenę.

-Oczywiście. Ale skoro tak to musimy już jechać na lotnisko, mam poprosić, żeby przysłali twoje rzeczy już tam?

-Nie trzeba, kupię coś sobie. I tobie oczywiście. Jeszcze załatw jakiś hotel, byle blisko sali koncertowej.

-Jest kilka, ale.. em, nie pięciogwiazdkowych.

-Trudno. Może być nawet noclegownia. No, już, nie patrz na mnie wzrokiem 'w końcu odnalazłaś w sobie dobro', bo nie widzę tu wody, a chce mi się pić po tym całym gadaniu. A musimy lecieć.

-Tak jest, pani.

-Ugh, nie zwracaj się tak do mnie.

-Myślałam, że zawsze tego chciałaś, ale z drugiej strony nie chciałaś wyjść na sukę.

-Phi, na sukę wychodzę średnio dwanaście razy dziennie. Nie chciałam żebyś tak mówiła, bo... em, czułabym się staro. Tak właśnie.

-Jasne. -wywróciła oczami.

-To co z tą wodą?

-Księżniczka.

-To mnie nie obraża.

-Wiem, Lu, wiem doskonale. To co, lecimy na koncert?


-Tak. Lecę poszukać swojej gwiazdy, o ile jeszcze chce dla mnie świecić.




~~~



Dumna to może z tego nie jestem, ale już dawno miałam podobną historyjkę w głowie. Miałam w sumie kilka wersji, ale w każdej moja cudowna główna bohaterka robiła się zbyt milutka. Tutaj też i to chyba w tym nie podoba mi się najbardziej. Może kiedyś to poprawię...

Wiem, że miało być coś o Ronie, ale jakoś tęskniłam za Ludmilą i chciałam napisać coś o niej. Następne spróbuję (co nie znaczy, że będzie na 100%) o nim.

piątek, 25 lipca 2014

El secreto de las estrellas


Kolejny błysk migawki.

Blade światło dawno przestało oślepiać, jedynie trochę drażniło oczy. Ale już zdążyła do niego przywyknąć, brązowe tęczówki były ukazane w całej okazałości, bez zbędnego mrużenia.

-Doskonale. Teraz obróć się w lewo.

Posłusznie wykonała polecenie i położyła prawą dłoń na biodrze. Kilka pstryknięć później uśmiechnęła się pokazując rząd białych zębów, potem pochyliła głowę, dała ręce do tyłu, zgięła kolana.

-Cudownie. Jesteś cudowna. Aparat cię kocha.

Słyszała to setki razy, ale i tak zaśmiała się pod nosem. Oczywiście to również zostało uchwycone na kilku zdjęciach. Wciąż pamiętała jak na pierwszej sesji fotograf opowiadał jej dowcipy tylko po to, by na fotografiach widoczny był jej naturalny śmiech. Teraz, po latach, potrafiła wywołać bardzo podobny bez najmniejszego problemu, nawet w najgorszy dzień. Świetna przykrywka.

-Mam co trzeba. Dziękuję i do zobaczenia. - powiedział chowając kamerę. - Za kilka dni wyślę Ci najlepsze obrobione zdjęcia mailem.


Wieczór zawsze był jej ulubioną porą dnia. Noszenie ciemnych okularów kiedy słońce dawno zaszło, poruszanie się ogromnymi czarnymi samochodami, to wszystko było dla niej jak sen. Błyski fleszy, gdy tylko wysiadła, zdjęcia na pierwszej stronie gazet. Sława. Na początku wszystko było jak bajka. A Ludmiła była częścią tej bajki.

Z gracją wyszła z czarnej limuzyny, odrzuciła do tyłu jeden lok. Przywdziała sztuczny-prawdziwy uśmiech i sunęła po czerwonym dywanie wysłuchując zewsząd swojego imienia, próśb o podpis na kartce czy zwykłych pełnych uwielbienia pisków.

Ciemne okulary były konieczne. Błyski fleszy potrafiłyby oślepić nawet niewidomego. A jej wzrok po jednym takim wypadzie bez ciemnej warstwy ochronnej przez kilka dni dochodził do siebie.

Kroczyła dumnie na szpilkach podchodząc do ludzi i podpisując im karteczki.

-Też Was kocham!

Tak popularny i mdły tekst, ale zawsze cisnął jej się na usta. Był odpowiedzią na ich wrzaski. I ona dobrze o tym wiedziała, dlatego bardzo często go wykorzystywała.

W końcu udało jej się dotrzeć do ogromnych, złotych drzwi. Posłała obecnej widowni buziaka, za co została nagrodzona gromkimi brawami, i wreszcie przekroczyła próg.

Nie wiedziała nawet po co takie przywitanie, przecież była tylko gościem. Dostała pisemne zaproszenie na „Koncert gwiazd”, zatem ubrana w złotą suknię pojawiła się w wyznaczonym miejscu.

-Hej piękna. - kilka kroków później zagadnął ją szatyn i wziął pod rękę.

-Diego. Jak zwykle szarmancki. - rzuciła ściągając okulary i wkładając je do torebki.

-Wiesz, że świecimy jako para tego roku? - zaśmiał się.

-Jak nie dasz im swoich sekretów to wymyślą Ci nowe. - wzruszyła ramionami. - Zawsze mogli mi dać kogoś gorszego.

-Jakaś Ty miła, Lu. - pokręcił głową.

Zaprowadził ją na salę i zajęli miejsca w pierwszym rzędzie. Oczywiście posadzili ich obok siebie, modela i modelkę, tak, żeby zdjęcia wyszły perfekcyjnie. Koncert nieco się opóźniał, a im zrobiono już mnóstwo zdjęć. Kolejna bzdura pojawi się na pierwszych stronach gazet? O, zapewne.

W końcu jakaś młoda dziewczyna weszła na scenę. Szczupła blondynka o ślicznym uśmiechu. Ludmiła skrzywiła się nieznacznie.

Teraz takie dziewczyny stają się sławne, kiedy któraś odbierze mi to, co moje?

Niestety musiała przyznać, że blondynka spisuje się nieźle. Zapowiedziała najbliższy występ profesjonalnie, ale nie nudno. Oczywiście pomogły jej w tym efekty specjalne na koniec, ale to i tak nie poprawiło młodej Ferro humoru.

No i się zaczęło.

Kolejne zapowiadane gwiazdy muzyki z całego świata. O kilku z nich Ludmiła w ogóle nie słyszała, kilku kojarzyła. Ale byli też tacy, których znała bardzo dobrze, nie tylko same utwory, co ludzi. Wiadomo, będąc sławnym nietrudno spotkać się ze swoimi idolami.

Śpiewała z widowni razem z nimi, czasami wstawała by trochę potańczyć. Paparazzi uwieczniali każdą taką scenkę, bo przecież dlaczego cały świat miałby nie wiedzieć, czego słucha taka gwiazda?

W końcu na scenie pojawił się Federico Pasquarelli. Nie, żeby się tego nie spodziewała. Znała chłopaka nie tylko ze szkoły. Często pojawiał się w gazetach, a jego piosenki krążyły w radio, które tak uwielbiała słuchać, głównie jadąc samochodem.

Miała ochotę wstać i potańczyć, aczkolwiek nie uważała by było to stosowne. Miała już dość zdjęć, a i nie chciała by chłopak widział jej zachwyt nad jego talentem. Przynajmniej tutaj. Po co to komu. Uśmiechała się tylko siedząc w fotelu i nucąc piosenki.

Zauważyła, że Federico co trochę na nią zerkał, jakby się nad czymś zastanawiał. I chyba los dał jej tę przyjemność, by dowiedzieć się nad czym.

Gdy zaczął się zbliżać otworzyła szeroko oczy i przestała nucić. Wyglądała trochę na przerażoną, a rzeczywiście była bardzo przerażona. Błagała by się wycofał, kilku fotografów i tak celowało w nią obiektywem. Ale on wzrok „idź sobie, nie chcę, nie!” odczytał bardziej jako „no pokaż co potrafisz”, zeskoczył ze sceny i przy słowach „Viene con me, viene con me*” dał jej niewielką białą różę wyciągniętą z kieszeni marynarki. Wyraz jej twarzy zmienił się nieco z przestraszonej na zdziwioną i zauroczoną. Chłopak puścił jej buziaka i wrócił na scenę. Dopiero wtedy zauważyła jak rozkrzyczeli się ludzie i przybyli paparazzi. Jak na początku było przy niej i Diego dwóch, tak teraz dołożyli jeszcze z pięciu, by zrobić jej zdjęcie z podarowanym kwiatkiem. Po prostu bosko.

Jako modelka wiedziała co robić. Uśmiechała się do zdjęć co trochę zerkając na piosenkarza. Wysłała mu mordercze spojrzenie i uśmiechała się dalej.

-Zrobił to specjalnie? - Diego zaśmiał się jej do ucha.

-Tak. - kiwnęła głowa. - Na pewno.

Po koncercie jak zwykle odprowadził ją do samochodu. Zdążyła przywdziać ciemne okulary, a tłumy dziennikarzy na zewnątrz wciąż zadawali pytania, na które ona nie zamierzała odpowiadać. Wolała udać się bezpiecznie do domu. Zmieniła zdanie dopiero, gdy dostała SMS-a.

Westchnęła cierpiętniczo i podała kierowcy nowy-stary adres. Nowy, bo zmieniły się plany, a stary, ponieważ woził ją tam co najmniej dwa razy w tygodniu.

Wyskoczyła z samochodu jak zwykle mówiąc mu, że nie zajmie jej to dużo czasu. Szła spokojnie kilka minut, aż dotarła do małej, nic nie znaczącej dla ludzkości restauracji.

Wybierali ją, ponieważ i szef, i personel, i klienci byli starszymi ludźmi, co najmniej po pięćdziesiątce. Tacy nie interesowali się za bardzo życiem gwiazd, a oni i tak przychodzili tam najczęściej w normalnych ubraniach, więc nie było mowy o żadnym skandalu.

Teraz nie było tak ciekawie. Ludmiła miała na sobie złotą, błyszczącą sukienkę, szpilki i nienaganny makijaż. A do samej restauracji musiała iść pieszo. Modliła się, by nikt jej nie zobaczył, czy tym bardziej nie usłyszał tupotania butów. I jej modły zostały wysłuchane.

Weszła do lokalu dość zdenerwowana i zdezorientowana. Rozejrzała się po sali.

-O, dobry wieczór, panienko. - zagadnął ją uśmiechnięty kelner. - Jak panienka pięknie wygląda. Ten panienki chłopak to szczęściarz, naprawdę. Siedzi tam w rogu.

Uśmiechnęła się do niego serdecznie, podziękowała i podreptała w wyznaczone miejsce. Zauważyła go, a uśmiech po prostu cisnął jej się na twarz. Starała się go ukryć, ale kiedy wstał by ją przytulić, nie dała już rady. Po chwili w jego ramionach dała mu buziaka w policzek (ślad po pięknej szmince został) i usiadła naprzeciwko.

-Zamówiłeś już coś? - zapytała biorąc kartę do ręki.

-Tak. To co lubisz. - kiwnął głową.

Westchnęła i odłożyła kartę. Poprawiła włosy i spojrzała w oczy swojego chłopaka.

-A teraz mi powiedz co to miało być tam na koncercie. - powiedziała poważnie.

Zaśmiał się.

-Co? Róża ci się nie podobała?

Zmarszczyła brwi i zacisnęła wymalowane, czerwone usta.

-Dobra, dobra. - ułożył ręce w obronnym geście. - Nie mogłem się powstrzymać.

-Powinieneś. Teraz będą nas mieć na językach. Nie po to spotykamy się tutaj od roku, by zaczęli odkrywać to przez jedną różę.

-Czasami żałuję, że jesteśmy sławni. Nie możemy normalnie wyjść za ręce, bo zaraz trafi to na pierwsze strony gazet. - westchnął.

-A ja uwielbiam sławę. Zawsze o tym marzyłam. Ale chciałabym wyjechać na jakiś czas, w jakieś miejsce gdzie nikt nas nie zna. Zaznać choć na chwilę tego innego życia. Mieszkać sobie w domu z ogrodem różanym... -rozmarzyła się.

-I ze mną oczywiście.

-I z tobą, oczywiście.

Chwilę później kelner przyniósł posiłek. Uśmiechnęła się widząc jedno ze swoich ulubionych dań. Fede zawsze wiedział co ona lubi. Wiedział, że dla niej czerwone róże od zawsze przegrywały z delikatnością białych, a arbuzy były prawdziwym darem od Boga.

Było już bardzo późno, w restauracji nie było nikogo poza nimi i zdawało się, że właściciel czeka z zamknięciem tylko na ich wyjście. Nie chcieli im robić problemów. Głównie dlatego, że spędzając tu tak dużo czasu bardzo polubili obsługę. Nawet Ludmiła.

Pożegnali się więc z kelnerem i wyszli na zewnątrz trzymając się za ręce. Zwykle po tych spotkaniach spacerowali, ale w obecnych strojach i o tej porze nie było to dla nich zbyt dobrym rozwiązaniem. Pożegnali się więc kilkanaście metrów od restauracji i obydwoje poszli swoimi drogami. Przynajmniej można tak powiedzieć. Wiedziała, że idzie kilkanaście metrów za nią, by być pewnym, że bezpiecznie dotrze do samochodu. I nigdy nie przyznała się do tej wiedzy.

Idąc tak przed siebie zauważyła dziewczynę i chłopaka, którzy całowali się na ławce, na podwórku pomiędzy blokami. Na jednym z balkonów któregoś bloku krzyczała na oko czterdziestoletnia kobieta, by córka wróciła już do domu.

-Szczęściara. - powiedziała pod nosem. - Tylko godzina może ją od niego oddzielić.

I nie mówiąc nic więcej wróciła do samochodu.


Następnego dnia rano obudził ją dzwonek do drzwi. Zeszła na dół i otworzyła drzwi w szlafroku przykrywającym koszulę nocną.

-Witaj, Lu. - W pełni ubrany Diego niemalże wprosił się do jej mieszkania.

-Witaj. Czyżbyś nie miał nic w lodówce i przyszedł opróżnić moją? - uniosła brwi.

-Niee. Chociaż.. - zastanowił się chwilę, po czym podreptał do kuchni.

Oparła się o blat i patrzyła, jak jej przyjaciel przegląda zawartość dużej, srebrnej lodówki.

-Mam coś dla Ciebie. - wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kurtki gazetę złożoną na tysiąc części.

-Jak ty cokolwiek tam mieścisz? - uniosła brwi.

-Ta kieszeń jest jak torebka Hermiony. - zaśmiał się.

-Chciałbyś. - wywróciła oczami i zaczęła rozkładać gazetę. Jej uwagę przykuła pierwsza strona. Niewiele myśląc zaczęła czytać nagłówek na głos.- „Czy róża stanie pomiędzy Ludmiłą a Diego? Czyżby dziewczyna zdradzała przystojnego aktora z włoskim piosenkarzem?”. Oj, mogli się bardziej nad tym tytułem postarać. - prychnęła.

Chłopak zaśmiał się zabierając coś z jej lodówki.

-Nie mów, że to Cię dziwi, Lu.

-Nie mówię. Oni to już z nas małżeństwo zrobili. A to... To przecież był tylko kwiatek.

-Nieprawda. Spójrz jak się na siebie gapicie. To bardziej przykuło ich uwagę. Zobacz zdjęcia. - wskazał.

-Ciebie też widać. Bynajmniej nie wyglądasz na zazdrosnego. - powiedziała poprawiając włosy.

-Wywalamy? - zapytał otwierając szafkę, pod którą znajdował się śmietnik.

-Dokładnie.

Kiwnęła głową, podeszła kilka kroków i wyrzuciła gazetę do śmietnika.

-Mam jeszcze coś dla Ciebie. - powiedział wyciągając z kieszeni białą kopertę.

-A to skąd wziąłeś?

-Dobrałem się do Twojej skrzynki pocztowej. - wzruszył ramionami.

-Ty się już chyba zbyt pewnie czujesz w moim domu. - pokręciła głową.

-No, otwórz ten list. Pewnie od twojego kochasia.

-Pewnie tak.

Otworzyła kopertę i wyciągnęła zapisaną kartkę. Przeczytała uśmiechając się pod nosem i co chwilę się śmiejąc. Nie zważała w ogóle na pytający wzrok przyjaciela. W końcu złożyła kartkę na pół i spojrzała na Diego.

-Podasz mi walizkę? Leży na górnej półce w szafie.

-Wybierasz się gdzieś?


-Tak. Spędzę miesiąc w ogrodzie różanym. - odparła przygryzając wargę i uśmiechając się delikatnie.  


~fin~ 


Inspiracja: Taylor Swift - The lucky one
Viene con me, viene con me* - chodź ze mną, chodź ze mną

Nika, jeśli jakimś cudem to czytasz to proszę Cię nie opuszczaj swojego bloga. Stęskniłam się za Twoimi historiami. Nie zostawiaj mnie tak, kto będzie mi o Fedemili pisał? ;*

Jestem nawet zadowolona z tej historii, jakoś przypadła mi do gustu. Postaram się do tygodnia wstawić coś nowego i trochę zmienić wygląd menu głównego. Zobaczymy co z tego będzie. Do zobaczenia ;)

piątek, 4 lipca 2014

Aquí estoy, mi amigo.


Najbardziej śmieszyły mnie momenty, kiedy powtarzali „Przecież wiem jaka jesteś”. To takie idiotyczne. Naturalnie przez kilka lat zdążyli poznać pewną część mnie, jednak mówiąc matematycznym językiem był to tylko ułamek, pewna część z całości. Nawet Naty, tutaj moja przyjaciółka, ale również dziewczynka na posyłki, nie miała jak dowiedzieć się o mnie o wiele więcej.

Etykietka już jest przypisana, była w zasadzie już dawno temu, a ja po prostu nigdy nie zamierzałam jej odklejać. Bo i po co? Jaki jest sens w tym by poznawali pozostałe ułanki? Żaden.

Fakt iż jestem blondynką w połączeniu z moim zamiłowaniem do chodzenia w kolorze różowym, albo lamparcich centkach tylko potwierdził ich przypuszczenia. Laleczka barbie. Zarozumiała, pewna siebie, bezduszna, żyjąca na zasadzie „po trupach do celu”. Nie powiem żeby wszystko było zmyślone. Zarozumiała i pewna siebie zawsze byłam, tu nie przeczę. Ale co do bezdusznej i „po trupach do celu” mogłabym spekulować. Lecz nie miałam potrzeby wyprowadzać ich z błędu.

Na tym polegała zabawa. Dla nich zostanę plastikową blondynką i niewiele się zmieni. Dla nich się nie zmienię. Nie pokażę reszty ułamków.

To dziwne, że człowiek może zmienić się w przeciągu sekundy. Pustą laleczką jestem do chwili, w której przekroczę furtkę mojego domu. Dom. Cudowne słowo. Smakujące lodami śmietankowo-czkoladowymi z cukierkową posypką.

Tam jestem po prostu super zdolną dziewczyną. Nie muszę się tym chwalić, bo każdy o tym wie. Nie mam wrogów, więc nie muszę posuwać się do intryg. Tam jestem po prostu sobą. Spokojną sobą.


-Znam ją, Federico, nie wierzę by mogła się zmienić.

No cóż Violu, trochę racji Ci przyznam. Zmienić to ja się nie zmienię. Mogę jedynie odkryć to, co zawsze ukrywałam. Przed nimi rzecz jasna.


Najbardziej lubię wieczory, kiedy mogę odpalić laptopa i wejść na video chat. Naty dostępna. Dużo znajomych ze szkoły również. Ale mnie to nie obchodzi. Nigdy nie obchodziło. Zawsze zjeżdżam tylko na jedno imię czekając aż wreszcie się pojawi. I zawsze to robi.

-Jaki piękny dzień. - powiedział tym razem z lekkim rozbawieniem.

Siedział przed oknem, często mi to robił, bym mogła pooglądać gwiazdy nawet w tak dziwny sposób. Ja siedziałam na łóżku, więc widział mnie, poduchy, etażerkę z kilkoma zdjęciami i gazetami (na kilku zdjęciach sam się znajdował), oraz bukiet białych róż, który dostałam od niego na imieniny.

-Piękny? Co się stało? Czyżby blondynka z kokardką we włosach Cię rzuciła?

-Mnie? Cóż. To, że Emily widziała mnie z Katie, poznałem ją w sumie dzisiaj, spodobałaby Ci się.

-Nie gustuję w dziewczynach.

-Zwłaszcza w blondynkach. Jedna to za dużo?

-Widziała Cię i co?

-Płakała. Zwyzywała mnie. Ale stwierdziła, że mnie kocha i mi wybaczy, jak jej obiecam, że to się nie powtórzy.

-Twoje obietnice nie są nic warte.

-Cóż, to zależy komu je składam.

Kiwnęłam głową. Diego, Diego. Znamy się chyba od zawsze. Przy nim odsłaniam kolejną cząstkę siebie. Ma swoją prywatną, jest podobana do tej domowej, ale z nutką wredoty i sarkazmu. Jesteśmy przyjaciółmi, nic się nie da ukryć. Jestem pewna, że gdyby widział mnie w szkole mógłby się roześmiać. Niby żartujemy w taki sposób, ale to co innego. Przy nim nie muszę być poważna.

-Zobaczysz, jeszcze któraś sprawi Ci lanie. W zemście.

-Lu, czy Ty aby mi nie grozisz?

-Ja? Skądże znowu. Twierdzę, że kiedyś zakochasz się po uszy w jednej z takich blondynek, a ona kopnie Cię w tyłek.

-Życzysz mi tego?

-Może trochę.

Zaśmiał się. Jak zwykle. Zawsze zdaje mi relacje ze swych nowych podbojów miłosnych. Rozmawiamy codziennie koło godziny, dwóch. Do tego często przez telefon.

Po jego wyjeździe niewiele się zmieniło. To było dobre kilka lat temu. Ale wakacje zawsze spędzamy razem, święta bardzo często. Jesteśmy po prostu jak rodzina.

-Teraz Ty opowiadaj o swoich podbojach miłosnych. - rzucił rozsiadając się wygodnie.

-Ja? - uniosłam brwi.

-Tak, Lu.

-Ja nie ma Ci co opowiadać.

-Daj spokój, mnie próbujesz okłamywać? Najsłabsza kamerka nie ukryje Twoich roziskrzonych oczu, głupawego uśmieszku i rumieńców, z pewnością nie spowodowanych makijażem. Już jak tylko rano zadzwoniłaś słyszałem to w Twoim głosie. No mów.

-Ja. Nie. Jestem. Zakochana.

-Nie rozmawiasz z żadnym znajomym ze szkoły. Oni może i by to kupili. Znam Cię zbyt dobrze.

O. Kolejny twierdzi, że mnie zna.

I chyba jako jedyny ma rację.

-Nie jestem zakochana! Na pewno nie w Fede! Dajcie mi już spokój! Ty i Natalia!

Wypaliłam. Oj. Blondynka ze mnie. W sumie nawet nie wiem czy nie zrobiłam tego specjalnie. Może trochę.

-A więc Federico. Opowiedz o tym chłopaku, w którym tak bardzo nie jesteś zakochana.

-Daj spokój, Diego.

-Mi nie powiesz?

-Nie mam o czym mówić.

Zaśmiał się głośno.

-Musisz być nieźle zakochana skoro aż tak to wypierasz.

Pokręciłam głową wywracając oczami.

-Głupi jesteś. Ja zakochana? Ja? Wiesz, nawet nie chce mi się z Tobą rozmawiać.

Podrzuciłam ręką włosy i zrobiłam obrażoną minę.

-Dobra, dobra, nie wkurzaj się. Jak będziesz gotowa to opowiesz. - pokręcił głową śmiejąc się pod nosem.

Prychnęłam głośno. Nie byłam zakochana, więc nie miałam z czego się tłumaczyć. To, że Diego wciąż mówił mi o swoich nowych dziewczynach nie miało nic do rzeczy. On nie był w żadnej zakochany. I ja też nie byłam, co to to nie. Absolutnie nie.

Od dwudziestej pierwszej do północy byliśmy pogrążeni w rozmowie. Trochę ponad dwie godziny (reszta to przerwa na prysznic), a wciąż było o czym rozmawiać.

Kiedy Diego wyjechał czułam się pusto. To było dziwne po wspólnym dzieciństwie tak nagle stracić przyjaciela. Oczywiście obiecaliśmy sobie telefony i tak dalej, ale wiadomo jak to bywa. To nigdy nie jest to samo. Dlatego w sumie teraz mnie dziwi, że on wciąż jest osobą, która zna mnie najlepiej. Ba, nawet moi rodzice nie wiedzą o mnie tyle ile on. Codzienne rozmowy, każde wakacje, święta, ferie, czasami nawet weekendy robią swoje. Przyjaźń na odległość. Widać jest możliwa.


Ale jego głos. Te oczy. To sprawiało, że byłam po prostu oczarowana. Słuchałam jak śpiewa to dla mnie, a kolana po prostu się pode mną uginały. Gdy Federico odstawił gitarę i zostawił mnie samą przez chwilę nie wiedziałam co się dzieje. Wyciągnęłam telefon i wybrałam odpowiedni numer.


-Diego... Chyba jestem zakochana.



~fin~


Uf, udało się wstawić to jeszcze przed wyjazdem. Nie ukrywam, nawet podoba mi się ten tekst, jedyne co sobie mogę zarzucić to zmieszanie czasów, ale starałam się żeby było to tak jakby logiczne, jeszcze nad tym popracuję. 
Teraz do Hiszpanii, więc do zobaczenia ;]

sobota, 10 maja 2014

Samotnemu, tylko gwiazdy nocą mówią, że niebo bezchmurne.


Z każdą sekundą ulice Buenos Aires zdawały się bardziej pustoszeć. Słońce zdążyło już dawno zajść, na niebie zaczęły pojawiać się pojedyncze, świecące punkciki, które ludzie zwykli byli nazywać gwiazdami. Na ziemi pozostały jedynie światła zza okien, sztuczne wytwory rąk ludzkich, które nigdy nie były w stanie w pełni zastąpić słonecznego blasku. Oni o tym nie myśleli, mieli na głowie o wiele ważniejsza sprawy niż dostrzeganie wad żarówek, gdy te jeszcze sprawnie działały.

W jednej z dzielnic willowych na pierwszy rzut oka było bardziej pusto, niż w którymkolwiek miejscu w mieście. Nie wszystkie latarnie świeciły, w większości okien było już dawno ciemno. Tylko w jednym domu przy głównej drodze paliło się światło na poddaszu, a okno było na oścież otwarte.

W tymże miejscu na tym oknie bardzo łatwo było rozróżnić blondwłosą dziewczynę nie zwracającą uwagi na nic, co znajdowało się poniżej jej stóp. Miała na nich różowe, puchate kapcie-balerinki, które trzymała nieruchomo na dachu tylko po to, by utrzymać na kolanach duży, zapełniony do połowy granatowy zeszyt.

Skrobała w nim czarnym piórem z granatowym atramentem, co rusz patrzyła w górę i pisała dalej. Z wyrazu jej twarzy dało się odczytać jedynie skupienie i cierpliwość, o co nie podejrzewał jej nikt z jej znajomych. Dla nich zawsze była i będzie tą złą.

-Ludmiła?

Blondynka przeniosła wzrok trochę niżej. Tam, na ziemi, kilkanaście metrów od niej bez wątpienia stała jakaś postać. Dziewczyna musiała mocno się wysilić, by dostrzec choć zarys sylwetki, gdyż światło żadnej latarni nie dosięgało ciała przybysza.

Prychnęła pod nosem i wywróciła oczami. Słyszała jak ktoś podchodzi do bramy.

-Wpuścisz mnie?

Patrzyła tam chwilę. Znała głos, ale nie wiedziała co powiedzieć. Nawet jakby chciała otworzyć to w jaki sposób? Ojciec dawno spał, nie mogła zejść po schodach na dół.

Westchnęła wywracając oczami.

-Wejdź po drzewie, na prawo. - powiedziała dość głośno, by mógł ją usłyszeć.

Znała tę sztuczkę, jako dziecko często Diego przychodził do niej tą trasą. Drzewo odrobinę urosło, lecz jego położenie nie zmieniło się ani trochę, gałęzie wyrosły, ale bardzo łatwo dało się wejść na posesję. Dziwiła się sobie, że komuś podpowiada jak dostać się do swojego domu omijając kraty, ale ten głos właśnie tak na nią działał. Nie potrafiła mówić, ani myśleć tak jak przy innych. Tylko tak jak w swoim pokoju, swoim świecie.

Słyszała znajome dźwięki wspinaczki po drzewie, nawet się zdziwiła, że przybysz był gotów zdobyć się na coś takiego. Siedziała nie ruszając się z miejscem jedynie zamykając pióro i rzucając je do środka, wciąż nie była pewna co do tożsamości tej osoby.

Udało mu się przekroczyć przeszkodę dopiero po kilku minutach, wiadomo, nieznane tereny mogą skutkować niewielkimi problemami, acz nie takimi, których nie byłby w stanie pokonać. Przebył dodatkowe metry dzielące go od jasnowłosej dziewczyny, jednak wciąż znajdował się co najmniej piętro niżej.

-Ludmiła?

Zapytał patrząc w puste okno, gdzie przed chwilą widział jeszcze dziewczynę. Tymczasem weszła ona wgłąb pokoju sięgając do jednej z szafek. Przygotowana na każdą okazję. Wyciągnęła z szafki stojącej przy drzwiach metalowy przedmiot i jakby nigdy nic wróciła do okna. Po chwili można było usłyszeć dwa krótkie brzdęknięcia.

-Kto?

Zapytała bardziej pewnie niż zamierzała. No cóż, przyzwyczajenie chyba odcisnęło stopy na jej charakterze. Znała odpowiedź na własne pytanie, jednak nie chciała wyjść na taką, która wszystkich do wpuszcza do swojego domu..

-Federico. - odparł głos.

Westchnęła głęboko i puściła przedmiot w jego kierunku. Odwijał się niczym perfekcyjny rulonik by bezszelestnie zatrzymać się przed stopami chłopaka. Ten zaśmiał się pod nosem i powoli zaczął wspinać, aż dotarł do miejsca, w którym spokojnie mógł postawić nogi. Usiadł na jej parapecie.

-Skąd pomysł z tą drabinką? - zapytał lekko się uśmiechając.

Dopiero gdy chciała odpowiedzieć, zdała sobie sprawę, że cały czas się uśmiecha. Tak bezwiednie, promiennie, prawdziwie. Zmieszała się. Nie chciała, by on tak na nią działał.

-Co dwie głowy to nie jedna, zawsze mieliśmy pomysły jak knuć nowe plany. - odparła w końcu zgodnie z prawdą odczepiając drabinkę i zwijając ją w rulonik. Odłożyła ją na miejsce.

Pamiętała dokładnie, jak Diego gwizdał przeciągle a ona rzucała mu środek transportu. Siedzieli w jej pokoju godzinami układając plany, szacować prawdopodobieństwo odkrycia i zwykłej, dziecięcej zabawie. Drabinka leżała w szafce zwanej przez nią samą pamiątkami z dzieciństwa, tak jak sterta malunków i spisków malowanych kolorowymi (często różowymi) kredkami.

-Co właściwie tu robisz? - zapytała chcąc uniknąć pytań kierowanych w jej stronę lub niezręcznej ciszy.

-Byłem z chłopakami na takiej męskiej imprezie, ale już mi się znudziło i wracałem. A akurat szedłem tędy i widzę Cię w oknie. Uznałem, że to pewnie jakiś znak.- odpowiedział przechadzając się powoli po jej pokoju, obserwując poszczególne szafki. - Masz bardzo ładny pokój.

-Dziękuję. - odparła z delikatnym uśmiechem siadając na łóżku i zakładając nogę na nogę.

Nienawidziła tego zachowania. Tego nieustannego przymusu uśmiechu, patrzenia na niego i wsłuchiwania się w jego głos. Nienawidziła tego, że tak bardzo ją to działa. Musiała się wysilać, by zachowywać choć pozory normalnego zachowania.

Uśmiechnął się wesoło obserwując trzy ramki ze zdjęciami. Na pierwszym stała trzyletnia dziewczynka w różowej sukience stojąca na scenie z małym mikrofonem. Była oświetlona reflektorami, wszystko poza nią było ciemne, puste. Nikt inny się tam nie liczył. Była tylko mała Ludmiła.

Kolejne przedstawiało tą samą, lecz o rok starszą dziewczynkę w nakręconych włoskach i białej sukieneczce. Siedziała na ławce na dworze obok chłopca w czarnym garniturku w tym samym wieku. Oboje uśmiechali się niczym aniołki, którym nikt nie mógł im niczego zarzucić. Któż mógłby sądzić, że te dwie osóbki właśnie są po realizacji najnowszego planu? Z pewnością nie rodzice.

A na trzecim, ostatnim, można było dostrzec sześciolatkę ubraną w bielutką sukienkę, siedzącą pomiędzy kobietą o ostrych rysach twarzy i czerwonym uśmiechu blondwłosą kobietę w równie białej sukni i ciemnowłosego mężczyznę w białym garniturze obejmującego je obie. Siedzieli na zielonej trawie, a tuż za nimi widoczny był ogromny, piękny wodospad.

-To moje ulubione. - powiedziała cicho dziewczyna nagle znajdując się tuż obok niego.

Nie zauważył nawet, kiedy podeszła, ale ona chyba nie chciała, by t zrobił. Popatrzyła na niego łapiąc spojrzenie chłopaka i uśmiechając się lekko.

-Zdziwiony, że nie mam samych zdjęć kiedy tańczę i śpiewam, tego się spodziewałeś, prawda? - pokręciła głową.

-W zasadzie to tak. - przyznał lekko zmieszany.

-Nie ta szafka. - poprawiła włosy. - Takie materiały znajdziesz koło toaletki.

Obrócił się w odpowiednim kierunku i otworzył oczy ze zdumienia.

-Masz pianino w pokoju?!

Wcześniej go nie zauważył, stał w takim miejscu, że instrument nie był widoczny. Choć zajmował sporo miejsca, ładnie je wypełniał.

Spojrzała na niego zdziwiona.

-Tak, w salonie też jest. Ojciec czasami się denerwował jak próbował oglądać jakiś film a ja akurat grałam, więc kupił mi jeszcze jedno. - wzruszyła ramionami.

Spojrzał na nią z zainteresowaniem. Powoli zaczął podchodzić zauważając, że dziewczyna trzyma granatowy zeszyt w rękach w rękach.

-Co to? - zapytał zaciekawiony próbując chwycić przedmiot. Odsunęła go. -Pamiętnik? Piszesz coś o mnie?

Uniosła lekko brwi.

-Nie piszę pamiętnika.

-Zatem co to? Co pisałaś tam na dachu jak Cię widziałem?

-Nic. - ucięła z wrednym uśmieszkiem i odsunęła się o krok.

Przeczuwała, że to zrobi. I się nie myliła. Chłopak poruszył ręką chcąc na własną rękę zobaczyć cóż takiego wypisywała. Ale zdążyła się cofnąć.

Zaśmiała się szczerze i na powrót przysunęła teraz już podając mu przedmiot. Tak żeby udowodnić, że to nie pamiętnik.

-Od kiedy interesujesz się astronomią? - zapytał szczerze zdziwiony.

Parsknęła pod nosem odsuwając się w stronę łóżka. Usiadła na nim kładąc dłonie na łóżku pomiędzy biodrami i opierając na nich ciężar ciała.

-Od... lat - odparła. - Od zawsze. To nie jest tak, że nazywam sama siebie Supernową zupełnie bez powodu. Nie tylko ze względu na nazwę.

-Ale jak mówiłem Ci o gwiazdach podwójnych nic o nich nie wiedziałaś. - zmarszczył brwi.

Pokręciła przecząco głową.

-Wiedziałam. - pokręciła głową. - Ale może chciałam, żebyś Ty to powiedział.

Zdziwił się, autentycznie zaniemówił. Uśmiechnęła się i pokręciła głową.

-Widzisz, Ludmiła którą wszyscy znają zmienia się. Tu, w domu, pokoju czy nawet obok Ciebie mogę być tak... inna. Tu mogę być Syriuszem* bez względu na wszystko, bo to mój świat. A przy Tobie... Nie wiem co się ze mną dzieje.

-Wierzysz, że to może być miłość?

-Wszystko w co wierzę rozmywa się przy Tobie. I w dziwny sposób mi się to podoba.

Przygryzła wargę uśmiechając się lekko. Chłopak powoli zaczął się do niej zbliżać, usiadł na łóżku. Niestety na tyle niefortunnie, że strącił ręką zeszyty z jej etażerki.

To chyba nam się nigdy nie uda, pomyślała załamana.

-Masz bardzo dużo zeszytów. - pokręcił głową schylając się by je pozbierać.

Dziewczyna otworzyła szerzej oczy.

-Tak. Nie! - zerwała się z łóżka na podłogę.

Jeden z nich spadając otworzył się na stronie z masą tekstu, co niekiedy przerywanego serduszkami czy innymi malunkami. O nie, pomyślała, gdy chłopak zbliżył się by dokładniej się mu przyjrzeć. Ten przechwyciła jako pierwszy. Zostały jeszcze trzy, z czego dwa zupełnie nie mogły jej w niczym zaszkodzić. Był to kalendarzyk i stary zeszyt jej matki. A trzeci...

-Uczysz się włoskiego? - zapytał patrząc na słowa w tym trzecim, który chciała ocalić.

-Nie! - zaprzeczyła od razu. - Ekhem, to znaczy nie. To nie moje.

Położyła zeszyty na miejscu i ponownie usiadła na łóżku.

-Jesteś całkiem jak Di... diabeł. Musisz dotknąć wszystkiego. - powiedziała po chwili.

-Diabeł? - zaśmiał się.

-Tak. Dokładnie tak. Moje zeszyty to świętość, nie wolno ich dotykać. - odparła pewnie.

-Tak? A co jak złamię zakaz? - uśmiechnął się, wstał i sięgnął po czerwony zeszyt, dokładnie ten w którym malowała swoje malunki, dokładnie ten, którego nie miał ruszać.

-Federico! - wstała za nim. Chłopak otworzył zeszyt i zaczął uciekać przed nią po pokoju.

-Mówiłaś, że nie masz pamiętnika. - pokręcił głową.

-To nie pamiętnik!

-To co się tak martwisz? - uśmiechnął się przystając przy oknie i oddając jej zeszyt. - Malujesz piękne serduszka, tylko jeszcze nie widziałem obok swojego imienia.

Słabo patrzyłeś, pomyślała sięgając po swoją własność.

-No pewnie, że nie. - powiedziała za to. - A czego się spodziewałeś? Że wielbię Cię w swoich wpisach? Chyba powinieneś już sobie iść.

-Mam iść?

-Tak, masz iść.

-Ale jesteś pewna? - cofnął się o krok.

-Tak, całkowicie.

-Zatem jak sobie życzysz.

Mówiąc to wolno przysunął się do dziewczyny, złapał ją w talii, przyciągnął do siebie i mocno pocałował. Trochę się zdziwiła, ale bardzo lubiła takie niespodzianki, więc szybko oddała pocałunek przymykając oczy.

Odsunął się po chwili i z delikatnym uśmiechem wszedł na jej parapet, a potem na dach.

-Do zobaczenia jutro. - powiedział, zeskoczył i zniknął w ciemnościach.

Dziewczyna wróciła na dach z długopisem i dwoma zeszytami. Jednym granatowym, w którym zamierzała za chwilę wrócić do opisywania gwiazd. I drugim, czerwonym, w którym po raz wtóry koło ślicznego serduszka dopisała dobrze znaną jej literę F.


~fin~ 

*Syriusz – najjaśniejsza gwiazda nocnego nieba.

~~~

Moje pierwsze i jedyne jak na razie opowiadanie co do tego parringu. Jest on jedynym w Violettcie, który naprawdę wielbię, może dlatego, że zwykłam wielbić czarne charaktery. I gwiazdy. 
Następne będzie drarry, nie wiem czy krótkie czy dłuższe, to się jeszcze okaże. 
Do zobaczenia ;)