Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one-shot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one-shot. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 maja 2015

Carrera o amor?


Największym błędem ludzi jest to, że nie potrafią oni docenić tego co mają. Cóż, przynajmniej dopóty to mają. Dopiero kiedy to zwykłe coś, co było nudne i zwykłe, ale jednak twoje, dopiero wtedy można odczuć tą pewną pustkę.

Ja w tym momencie miałam dokładnie wszystko czego pragnęłam przez prawie całe swoje życie.
Czego pragnęła dla mnie matka. I z czego dumny był ojciec, bo mimo tego, że widywał mnie raz na kilka miesięcy, to już zawsze jego nazwisko było okryte sławą.

Cóż, pewnie większość moich starych znajomych dziwnie się czuje patrząc na mnie teraz. Jestem gwiazdą, mam najdroższe buty, w których prowadzam się po czerwonych dywanach. Kiedy śpiewam, tłumy wiwatują i skandują moje imię. Znam osobiście mnóstwo sław, których kiedyś plakaty wywieszałam na ścianie, a teraz nazywam ich przyjaciółmi.

Kariera była moim życiem, wszystko inne odsunięte było na dalszy plan. Byłam suką, bo to było łatwiejsze. Najlepsza przyjaciółka od szkolnych lat zwała się teraz już nie tylko 'przyjaciółką' ale również asystentką, której z dobroci serca płaciłam całkiem niezłą pensyjkę. Cóż, wytrzymywanie moich humorów pewnie nie było zbyt przyjemne.

-Podaj mi wodę. - powiedziałam leżąc na wygodnej, czerwonej kanapie ustawionej na środku mojego salonu.

-Oczywiście. - Natalia od razu ruszyła w stronę kuchni bez mrugnięcia okiem. Już chyba się nauczyła, że ze mną nie warto było dyskutować.

-Niegazowana, tak jak lubisz. - podała szklankę pełną przezroczystego płynu.
Cóż, może i powinna zwracać się do mnie per 'pani', ale nie byłam aż taką zołzą. W końcu wciąż była moją jedyną prawdziwą przyjaciółką, której mówiłam sporo o sobie, innym 'przyjaciołom' z mojej branży raczej nie zdradzałam osobistych sekretów.

-Dziękuję. - powiedziałam łaskawie wywołując uśmiech na jej twarzy.

Cóż, od zawsze jej na mnie zależało. Próbowała miliony razy się ode mnie odsunąć i zacząć karierę na własną rękę, ale nie miała na to dość siły woli. Zawsze wracała, a ja zawsze łaskawie przyjmowałam ją z powrotem.

Potem usiadła i zaczęłyśmy plotkować, tak jak zwykle. Wtedy przestawała być asystentką a stawała się po prostu Naty, która spełniała każdą moją zachciankę.

-Ludmila, miałam ci powiedzieć to już wcześniej, ale było to nagranie a potem wywiad i uznałam, że lepiej, żebyś się położyła i...

-Dobrze, dobrze, wybaczam. Teraz mów o co chodzi.

Westchnęła i sięgnęła do swojej torebki.

-Dostałaś kolejny list. No wiesz od Federico...

Zacisnęłam zęby patrząc na śnieżnobiałą kopertę. Wiedziałam, aż za dobrze.

Choć nie do końca rozumiałam. To było ponad trzy lata temu, a on ciągle pisał. Na urodziny zawsze wysyłał prezenty, choć ja nigdy tego nie robiłam. Dzwonił, a ja nigdy nie odbierałam. Pisał... nigdy nie odpisywałam.

-On się nigdy nie podda? - zapytałam sama siebie wznosząc oczy ku niebu.

Wolałam żeby to zrobił. Byłoby mi o wiele łatwiej. W ogóle wolałam nigdy go nie poznać, wtedy byłabym w stu procentach szczęśliwa w swoim życiu księżniczki.

A teraz choć na pozór byłam, to... eh, zawsze zastanawiałam się co by się stało, gdybym wtedy nie wsiadła do tego samolotu.

-Kocha cię. I ty też go kochasz, przecież widzę.

-Milcz! - wrzasnęłam z zamkniętymi oczami. Westchnęłam bardzo głęboko.

-Sama siebie okłamujesz, Lu. Ale dobrze, skoro tak chcesz. Odpisz. Napisz, że nie masz ochoty czytać tych listów, że to wszystko już dawno skończone, że wybrałaś i jesteś szczęśliwa. Tylko napisz to tak, żeby on uwierzył. Dajesz przedstawienia w telewizji jaka to jesteś szczęśliwa, jak to spełniły się wszystkie twoje marzenia, a on dalej pisze. Dalej ci nie wierzy. I ja też nie.

Milczałam. Miliony razy zastanawiałam się nad słusznością swojej decyzji. I im więcej o tym myślałam tym bardziej byłam pewna, że zrobiłam źle.

-Nie jest za późno.

-Jest.

Odezwałam się półgłosem.

-Nieprawda.

-A co ty możesz wiedzieć? - prychnęłam. - Znam na pamięć każdą jego piosenkę, płaczę po nocach, a rano nakładam tonę tapety na twarz, by wyglądać na szczęśliwą. Usta mnie bolą od tego uśmiechania się do kamer, od śpiewania tych cukierkowych tekstów o miłości, kiedy ja swoją odrzuciłam.

-Napisz do niego.

-Nie będę się płaszczyć.

-Więc co zamierzasz?

-Nic.

Więcej nic nie powiedziała, wyszła kilka godzin później zostawiając mnie samą w moim przepięknym, ogromnym, przedrogim domu, który dusił mnie swoją pustką.

Czytałam list. Jak zwykle. Ale pierwszy raz odpisałam.

Przepraszam. Kocham cię. Żałuję. Ale nic nie mogę już teraz zrobić.

Cztery krótkie zdania, bo za bardzo trzęsły mi się ręce by pisać więcej.

Nie odpisywał, a mnie jeszcze ciężej było utrzymywać pozory na scenie. To było takie dziwne uczucie czekać na ten list, czekanie na niego jak na wyrok 'żyjesz lub umierasz'. Dopiero wtedy dotarło do mnie że on czekał tak od trzech lat.

I uderzyło mnie to podczas udziału w jakimś talk-show, uderzyło dogłębnie w taki sposób, że mój uśmiech zniknął w przeciągu sekundy, nie wiedziałam o co pytali, tylko przez chwilę wpatrywałam się przed siebie ze łzami w oczach.

-Ludmila, wszystko w porządku?

Zaśmiałam się zaciskając zęby.

-Co ja tu robię? -szepnęłam patrząc w sufit i kręcąc głową. - Zły priorytet. - westchnęłam głęboko.

-Więc odpowiesz na moje pytanie?

-Co? O, nie. - zaśmiałam się patrząc na prowadzącego i na nowo kręcąc głową. - Są osoby, z którymi teraz muszę porozmawiać, bo zwlekałam już za długo. Niech pan sobie tu weźmie inną gwiazdeczkę, bo ja już chyba w końcu to rzucam. Dziękuję za rozmowę, no przynajmniej chwilę rozmowy. Dużo mi dała, naprawdę. Żegnam.

I wyszłam, po czterech minutach rozmowy zostawiając prowadzącego z otwartymi ustami przed zdziwioną publiką. Cóż, będą mieli o czym pisać w gazetach.

-Naty, sprawdź mi najbliższy samolot do Włoch.

-Zdążymy na koncert, ale przecież to pewnie wiesz. - dziewczyna nie kryła rozbawienia.

Ludmila też się zaśmiała.

-Załatwisz bilety w pierwszym rzędzie? I wejście za scenę.

-Oczywiście. Ale skoro tak to musimy już jechać na lotnisko, mam poprosić, żeby przysłali twoje rzeczy już tam?

-Nie trzeba, kupię coś sobie. I tobie oczywiście. Jeszcze załatw jakiś hotel, byle blisko sali koncertowej.

-Jest kilka, ale.. em, nie pięciogwiazdkowych.

-Trudno. Może być nawet noclegownia. No, już, nie patrz na mnie wzrokiem 'w końcu odnalazłaś w sobie dobro', bo nie widzę tu wody, a chce mi się pić po tym całym gadaniu. A musimy lecieć.

-Tak jest, pani.

-Ugh, nie zwracaj się tak do mnie.

-Myślałam, że zawsze tego chciałaś, ale z drugiej strony nie chciałaś wyjść na sukę.

-Phi, na sukę wychodzę średnio dwanaście razy dziennie. Nie chciałam żebyś tak mówiła, bo... em, czułabym się staro. Tak właśnie.

-Jasne. -wywróciła oczami.

-To co z tą wodą?

-Księżniczka.

-To mnie nie obraża.

-Wiem, Lu, wiem doskonale. To co, lecimy na koncert?


-Tak. Lecę poszukać swojej gwiazdy, o ile jeszcze chce dla mnie świecić.




~~~



Dumna to może z tego nie jestem, ale już dawno miałam podobną historyjkę w głowie. Miałam w sumie kilka wersji, ale w każdej moja cudowna główna bohaterka robiła się zbyt milutka. Tutaj też i to chyba w tym nie podoba mi się najbardziej. Może kiedyś to poprawię...

Wiem, że miało być coś o Ronie, ale jakoś tęskniłam za Ludmilą i chciałam napisać coś o niej. Następne spróbuję (co nie znaczy, że będzie na 100%) o nim.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Fair play.


-Wszyscy gotowi? Zaraz rozpocznie się wydarzenie tego sezonu, nie licząc oczywiście odkrycia nowej formy chraptaka płaskonogiego. Mecz Gryfoni kontra Ślizgoni! Nagrodą jest puchar Quidditcha, wszyscy zawodnicy są na pewno zestresowani, więc wspomóżcie ich gromkimi brawami! - mówiła do mikrofonu Luna Lovegood pod czujnym okiem profesor McGonnagall.

Już po jej wprowadzającym przemówieniu zawodnicy pojawili się na boisku.

Ubrani w szkarłatne stroje Gryfoni oraz odziani w zieleń Ślizgoni.

-To ma być ładna i czysta gra. - dodała jeszcze pani Hooh patrząc bardziej w stronę szukającego Slytherinu. Ten uśmiechnął się jednym kącikiem ust.

Harry Potter i Draco Malfoy uścisnęli sobie ręce, jak przystało na kapitanów przeciwnych drużyn. Za nimi znajdowały się takie osoby jak Ginny Weasley, Blaise Zabini, Ron Weasley, Vincenty Crabbe, Katie Bell czy Gregory Goyle.*

-Uwaga! Wszyscy przygotowani? - usłyszeli głos komentatorki i ustawili się na pozycjach. - I ruszyli!

Kafel w locie. Tłuczki w locie. Brak znicza.

Draco i Harry wzlecieli wysoko nad arenę, by porobić kilka kółek z daleka od niebezpiecznej gry.

-Ginny przejmuje kafla i pędzi niczym ględalek niepospolity! Mija obrońcę Slytherinu, wykonuje zamach i... 10 punktów dla Gryffindoru po kilkunastu sekundach meczu! Brawo dla Ginny! - Luna zaklaskała w ręce, a publiczność chętnie (przynajmniej połowa) jej zawtórowała.

Rudowłosa delikatnie się uśmiechnęła i wróciła na swoją pozycję pokazując kciuk w górze.

Napastnik Slytherinu tylko uniósł brwi.

-Katie Bell ma Kafla, ale ałłł... to musiało boleć. Jeden z pałkarzy Slytherinu mocno pokazał jak bolesne może być użycie tłuczków. Piłkę przejmują Ślizgoni. Cassius Warrington podaje do Vaisey'a, który przerzuca kafla nad Ronem Weasleyem, kafel leci jednak poza obręcze, ale! Łapie go Blaise Zabini i strzela trafnie. Ślizgoni zyskują 10 punktów, mamy więc remis.

Ciemnoskóry zaśmiał się patrząc na Rona, po czym odwrócił wzroku. Uniósł kciuk w górę.

-Blaise nie próżnuje! Od razu zabiera piłkę Demelzie, odpycha mocno Rona, nieładnie, oj nieładnie, i dodaje do punktacji Slytherinu kolejne 10 punktów.

Zabini ukłonił się delikatnie w stronę wiwatujących kibiców Slytherinu, po czym uniósł w górę palec wskazujący i środkowy.

Minęło kilka minut, kilka bramek, jednak znicz wciąż się nie pojawiał. Był remis - 70 do 70.

-Piłkę przejmuje Demelza Robins, oddaje kafla Ginny, ale... O, coś złotego! Pojawił się znicz! - zaśmiała się blondynka.

Nie trzeba było dwa razy powtarzać.

Pojawienie się małej piłeczki spowodowało prawdziwy gwar na trybunach. Z powietrza wystartowali jak dzicy Draco Malfoy i Harry Potter, ramię w ramie, w kierunku złotej piłeczki.

-Idą łeb w łeb! Ale nie możemy zapomnieć o grze. Ginny jest już przy bramce Ślizgonów, mija obrońce, strzela i... Ooo nie! Co tam robił Blaise Zabini?

-Nie tym razem. - powiedział chłopak.

-Jesteś tego pewny? - odparła rudowłosa.

-Jak zawsze.

-Ginny łapie ponownie kafla, zamachuje się i... znowu obronił! Blaise jest ewidentnie w dobrej formie i to na każdą pozycję.

-Panno Lovegood! - oburzyła się profesor McGonnagall słysząc śmiechy ze strony publiczności.

-Macie nieczyste myśli. - pokręciła głową blondynka. - Blaise złapał kafla i ruszył w stronę bramki Gryfonów z Ginny na ogonie. Harry i Draco wzlecieli wysoko w powietrze szukając znicza. Wszystko się może wydarzyć. Oh, nie wiem jak to się stało, ale Ginny ma kafla! Blaise leci tuż obok niej!

-Nie pozwolę Ci. - powiedział chłopak.

-Nie masz nic do powiedzenia. - zaśmiała się dziewczyna.

-Jednak mam. Troszkę Cię już poznałem i wiem, że masz łaskotki. - powiedział, wychylił się, wyciągnął rękę, która powędrowała w okolice żeber panny Weasley.

Dziewczyna najzwyczajniej w świecie zaczęła się śmiać, a z jej rąk wypadł kafel.

-Kretyn. Jak mogłeś? - mruknęła nurkując po zgubioną piłkę.

-To nie jest faul, tylko przemyślane zagranie. I nie mogłem pozwolić byś miała na koncie więcej bramek niż ja. - odparł Ślizgon lecąc tuż za nią.

W tym właśnie momencie dwie postaci runęły na ziemię ramię w ramię. Dosłownie. Prawa dłoń blondyna i lewa dłoń bruneta były złączone, co wywołało dziwne dźwięki ze strony publiczności. Dopiero po chwili wyleciał z nich złoty znicz.

-Koniec meczu! - krzyknęła Luna. - Wygląda na to, że obaj panowie złapali znicza, więc najsprawiedliwiej będzie podzielić punkty za jego złapanie na pół i dodać do punktów drużyn. Tak więc Gryffindor ma teraz 145 punktów i Slytherin także 145 punktów! A więc remis!

-Ty kretynie! - prychnęła Ginny. - Gdybyś mnie nie łaskotał zdobyłabym bramkę i byśmy wygrani.

-Kochana, dziwię się, że chodząc ze mną jeszcze nie załapałaś, że opłacalne jest używanie iście Ślizgońskich metod.



~fin~

* Nieco zmieniłam skład reprezentacji Slytherinu. Draco jest szukającym i zarazem kapitanem, a zamiast Urquhart'a (prawdziwego kapitana i ścigającego) Ślizgoni mają Blaise'a Zabiniego.

Takie małe, krótkie coś. Jakoś tak chciałam napisać coś o Ginny i Zabinim i tak jakoś coś w ten deseń wpadło mi do głowy. Po raz pierwszy musiałam opisać mecz, nie uważam się za dobrą w tej dziedzinie, ale też można poćwiczyć. Piękna pogoda, więc lecę na spacer. Do zobaczenia ;)

niedziela, 5 kwietnia 2015

A wszystko zaczęło się od mugolskiej, niszczycielskiej i bardzo, bardzo złej gumy do żucia...


Wtorek. Pamiętny dzień dla każdego, kto tylko siedział na śniadaniu w Wielkiej Sali, nawet jeśli nie otrzymał żadnego listu od kochających rodziców, nawet jeśli nie dostał w prezencie pudełka słodyczy i nawet jeśli jego sowa nie była mniejsza od listu, który niosła.

Taka właśnie była doręczycielką prezentu dla Rona Weasleya, zdążyła dwa razy zgubić się latając dookoła złego stołu nim wreszcie dostrzegła pukiel rudych włosów w oddali. Machała i machała maleńkimi skrzydełkami, aż w końcu jej właściciel pozbawił ją zbędnego balastu.

-To chyba od Freda i George'a. - rudzielec wzruszył ramionami. - „Świeca musi zgasnąć” - przeczytał na głos jedyne zdanie, które widniało na kartce. Na dnie koperty widniało coś jeszcze.

-To guma do żucia. - poinformował przyjaciela Harry patrząc, jak ten wyciąga z koperty różowe zawiniątko.

-Tak. - przytaknęła Hermiona. - W mugolskim świecie jest to bardzo popularne. Często dobrze działa na zęby a dodatkowo jest pyszne. - uśmiechnęła się.

-To od Freda i George'a, to musi być pułapka. - prychnął rudowłosy.

-Ron, prawda jest taka, że i tak to zjesz, nie ważne co Ci poradzimy. - dziewczyna wywróciła oczami, a kruczowłosy przyjaciel przytaknął na znak, że się z nią zgadza.

Ron pomyślał chwilę i chyba uznał, że mają rację.

Więc ją zjadł.



Czerwony alarm w Wielkiej Sali. Ludzie uciekali całymi tabunami. TO było wszędzie. TO ich goniło. I choć próbowali, niektórym nie udało się odeprzeć ataku przerażającej gumy.

Cóż, można by rzec, że udało się to dokładnie 2/3 całej sali, jak również 2/3 słynnej złotej trójcy.



-Pani profesor, kiedy będziemy mogli go odwiedzić?

-Na pewno nie w najbliższym czasie, panie Potter.

-A właściwie gdzie mamy spać, skoro jest kwarantanna i większość pokoi Gryffindoru jest zajętych?

-Ci, których nie dosięgła ta szatańska pogoń albo zostaną umieszczeni w wolnych pokojach, albo będą nocować w Pokoju Życzeń. Przykro mi, że na razie nie macie możliwości choćby dotknięcia swoich rzeczy, ale każdy uczeń dotknięty tą chorobą musi mieć własny pokój z dala od wszystkich. Postaramy się, by jak najwięcej osób zostało w pokojach, ale w obecnej sytuacji umieszczenie tam wszystkich jest sprawą niemożliwą. Bądźcie na kolację w Wielkiej Sali to dyrektor powie Wam konkretnie o co chodzi.

-Myśli pani, że to plan Voldemorta?

-Nie wiem czy byłby w stanie wymyślić coś tak mrocznego.

-Zatem kto?

-Ktoś o wiele straszniejszy. - nauczycielka westchnęła ze zgrozą.- A teraz idź z panną Granger do klasy.

Harry nie wydawał się zbyt zadowolony, jednak nie protestował. Wiedział, że nie zobaczy się z Ronem zbyt prędko, a chciał go zapytać czy ten miałby coś przeciwko jego randkowaniu z Ginny. Skoro tak, to wolał z tym poczekać, dziewczyna może i ucieknie, ale ważniejsze, by Ron pozostał jego przyjacielem.

Wszedł do sali od eliksirów z nieco zdziwioną miną. Większość zgromadzonych w ogóle nie chodziła na te lekcje. Nieco zmieszany, ale na tyle przytomny by bez ponaglania przez Snape'a usiąść na miejsce zwrócił się do Hermiony.

-Wiesz co oni wszyscy tutaj robią?

-Nie mam pojęcia, Harry. - odparła szatynka lekko kręcąc głową. - Ale zaraz się dowiemy. - Dodała widząc, jak Severus Snape przemierza salę w kierunku swojego biurka.

-Jako, że Hogwart ma obecnie problemy i z uczniami i z nauczycielami dopadniętymi przez szatańską pogoń, to wszystkie lekcje będziecie mieć w tym składzie. - powiedział spokojnie. - Nie wiedzieć czemu ta zaraza dopadła głównie uczniów z piątego i szóstego roku, zatem lekcje będziecie mieć razem jako ocalali, a materiał dostosowany do średniego poziomu. - zakończył Nietoperz.

Jesteśmy na szóstym roku, więc powinno być prościej. - ucieszył się Harry, po czym rozejrzał się po sali.

Nie było na tyle dużo Ślizgonów by mógł stwierdzić, że to ich sprawka. Oczywiście Malfoy i Zabini musieli przetrwać, co nie zwiastowało niczego dobrego. Niedaleko siedziała Ginny, razem z Luną. Była na wyciągnięcie ręki...

-Harry. - Hermiona szturchnęła przyjaciela w ramię.

-Co?

-Robimy eliksir.

-Aa.

Skinął posłusznie głową i ruszył się po składniki widoczne na tablicy. Nie usłyszał czego ma dotyczyć eliksir i nie bardzo go to interesowało. Zawsze wyglądało to tak, że on i Ron chodzili po rzeczy, a Hermiona zajmowała się bardziej ogarnianiem całej reszty.

-Na tablicy jest przepis. - powiedziała.

-To nie korzystamy z książek?

-Nie każdy stąd ma eliksiry, Harry. - pokręciła głową. - Zresztą o takim eliksirze nigdy nie słyszałam. Nie sądzę by był w naszej książce.

-A o co w nim chodzi?

-Nie powiedział. Mamy go po prostu zrobić. - mruknęła dziewczyna wzdychając ciężko.

Z tego co wiedział, ten sam eliksir mieli robić przez dwa tygodnie, czyli dokładnie tyle ile potrzebowali według Pomfrey chorzy, by chorowatości się wyzbyć. Plusem było, że wiedzieli dokładnie czego się spodziewać, ocena była tylko jedna i Snape nie musiał nic mówić przez wszystkie następne lekcje. Minusem było natomiast to, że wystarczył najmniejszy błąd na początku, by być całkowicie skreślonym do samego końca.

Pod koniec lekcji ich eliksir miał już żółty kolor. Rozejrzeli się po klasie obserwując kolory ich elisrirów.

-To dziwne. - stwierdziła dziewczyna. - Powinny być chyba takie same. Albo chociaż zbliżone kolorystycznie. A tu... Jest strasznie duża rozbieżność kolorystyczna. - Westchnęła -To jest dziwne.

-To eliksiry. - skwitował chłopak.



Oczywiście jakże mogłoby być inaczej, musieli wylądować w Pokoju Życzeń. Tylko najmłodsi dostali miejsca w dormitoriach, cały jego rocznik i rocznik niżej i jeszcze niżej i mniej więcej jedna trzecia rocznika jeszcze niższego musieli spędzać noc w pokoju Przychodź-Wychodź.

Nie mieli na co narzekać, każdy miał własne łóżko w kolorach swojego domu. Były tam cztery rzędy odpowiadające czterem domom (od lewej: Hufflepuff, Gryffindor, Ravenclaw, Slytherin – ustawiane specjalnie ze względu na porozumienie między domami obok siebie).

Harry zajął łóżko obok łóżka Hermiony, niedaleko do łóżka Ginny i tym samym Luny. Pierwsza noc była najdziwniejsza. Nie był przyzwyczajony do tego, że śpi obok niego dwieście osób. Ani do tego, że dwa łóżka dalej i ze trzy w dół śpi Draco Malfoy, który w każdej chwili mógł go zabić we śnie.

-Harry, przestań myśleć. Strasznie to charczy. - zaśmiała się Hermiona. - Próbuję spać.

-Och, przepraszam. - nieco zdumiał się chłopak. - Czekaj, moje myślenie charczy?

-Taa. Jak myślisz o Malfoyu to charczy, jak o Sam-Wiesz-Kim to trzeszczy i tak dalej.

-Ej, a jak myślę o Tobie?

-A myślisz o mnie? - Hermiona zaśmiała się cicho.

Harry tylko uśmiechnął się pod nosem. Teraz właśnie zaczął. I o dziwo zasnął bardzo spokojnym snem, o wiele bardziej niż zwykle, kiedy myślał o Ginny.



Eliksir zmieniał kolor po każdej lekcji. Nie diametralnie, często po prostu robił się odcień jaśniejszy lub ciemniejszy (zależnie od pary). W pierwszym tygodniu Harry'emu wydawało się, że ich eliksir jest dokładnie identyczny co na początku, podczas gdy w eliksirze Luny i Ginny nastało sporo zmian.
Hermiona wyklinała w duchu.

-Co on nam w ogóle dał do roboty? Tego eliksiru nie ma w żadnej, ale to żadnej księdze. Nie powiedział nam jak on się nazywa, a po samych składnikach nie mogę go odszukać. Chciałabym chociaż wiedzieć, czy robimy to dobrze! - warknęła siadając w bibliotece z kolejną księgą przed nosem.

Harry uśmiechnął się ciepło i poklepał przyjaciółkę po ręce.

-Nie martw się. Jesteś w tym najlepsza.

Głośne prychnięcie z sąsiedniego stolika.

-Czego chcesz, Malfoy?

-Ona? W eliksirach? Daruj sobie.

-To, że jesteś pupilkiem Snape'a nie czyni Cię od razu mistrzem z jego przedmiotu. - warknął Harry.

Malfoy zaśmiał się krótko.

-To może nie. Ale lubi mnie za coś. Gdybyś był milszy powiedziałbym Ci czy dobrze robicie eliksir.

-A Ty niby skąd byś miał wiedzieć?

-Bo to mój przepis, kretynie. I tylko ja, nie licząc Snape'a, wiem jak powinien on wyglądać. Ale spoko, bawcie się w szukanie go po księgach, powodzenia. Choćbyś wyuczyła się zastosowania każdego składnika, szlamo, to i tak będzie Ci do mnie daleko.

I wyszedł z tym swoim kpiącym uśmieszkiem.

Harry spojrzał na Hermionę.

-Bredzi. I jest idiotą. Nie przejmuj się. - powiedział kręcąc głową.

Rozejrzał się dookoła, kiedy wracał razem z Hermioną do nauki. Pewna blondynka stała przy regale z książkami i przyglądała się im z uśmiechem. Kiwnął do niej głową, a ona odpowiedziała tym samym.

Chwilę później uciekła za Malfoyem nie mówiąc do nich ani słowa.



Najbardziej podobały mu się noce. Normalnie nie był przyzwyczajony do spędzania ich z Hermioną, ale nigdy nie spodziewał się, że będzie mu to tak bardzo odpowiadać. W ogóle nigdy nie spędzał nocy z kobietami, jedynie czasami śnił mu się jakiś koszmar z ciotką w roli głównej.

A teraz mogli rozmawiać pół nocy i było to zupełnie inne niż rozmowy z Ronem.

-Wiesz, Hermiona, masz bardzo ładną cerę.

Dziewczyna uniosła brwi i spojrzała tak na niego.

-Cerę?

-Cerę.

-Oj, Harry, naucz się mówić dziewczynom komplementy. - mruknęła Luna bijąc go poduszką. - I rób to o normalniejszej godzinie.

-Normalniejszej? - powiedział szeptem do Hermiony – Nie myślałem, że to słowo jest w jej słowniku.

Hermiona zaśmiała się cicho.

-Tęsknię za Ronem. - powiedziała dziewczyn po chwili, co wywołało niemiły skurcz żołądka u młodego Pottera.

Odrzucił tylko blondynce jej poduszkę i poszedł spać.



-Panie Malfoy, proszę zademonstrować co powinien zrobić poprawnie wykonany eliksir. - powiedział Snape na początku ostatniej lekcji przed powrotem uczniów pogrążonych w klątwie morderczej gumy do żucia.

Wylał sobie kropelkę eliksiru na swoją dłoń i drugą na dłoń towarzysza. Odczekał kilkanaście sekund ze spokojnym wyrazem twarzy. Jakby robił to tylko dla zasady. Kiedy nic się nie wydarzyło najzwyczajniej w świecie rozbił butelkę o podłogę.

Kłęby bladobłękitnego dymu rozniosły się po sali.



Harry siedział na łóżku w swoim dormitorium. Ron był tuż obok i śmiał się z czegoś głośno.

-No nie, jak to możliwe, że oni to zrobili?

Nie wiedział o czym przyjaciel mówi, więc tylko kiwnął głową. Wszystko było zupełnie normalne, aż do chwili, w której w drzwiach ich dormitorium pojawiła się Hermiona.

-Cześć chłopcy. - przywitała się uśmiechając się do Rona, po czym wskoczyła na łóżko Harry'ego, pocałowała go w policzek i ułożyła się z głową na jego kolanach ignorując całkowicie jego zdziwienie.

Wzięła do ręki jego dłoń i ułożyła ją na swoich włosach.

-Nie było mnie raptem dwa tygodnie, a wy już. - rudzielec pokręcił głową cicho się śmiejąc. - Tylko nie łamcie sobie serc, bo nie ufam tej 'kropelce' od ojca. Podobno mug...



Nagle zniknął Ron, a pojawił się Snape.

Zniknęło dormitorium, a pojawiła się klasa od eliksirów.

Tylko Hermiona została, jednak nie wyglądała na chętną by dać się miziać po włosach, jej wyraz twarzy przedstawiał bardziej całkowite zaskoczenie.

-Wybitny, panie Malfoy. I pięćdziesiąt punktów dla Slytherinu. - powiedział Snape kiwając głową z podziwem. - Ten eliksir został wymyślony przez pana Malfoya, co pokazuje, że jeszcze warto mieć nadzieję w młodzieży. Jak pewnie zauważyliście, albo i nie – powiedział patrząc na Neville'a – ten eliksir pokazuje przyszłość. W obrębie najbliższego tygodnia i to my wybieramy podświadomie moment, który chcemy zobaczyć. Waszym zadaniem na teraz jest wylać sobie po kropelce na palce, nie więcej. Jeśli nic się nie stanie, to zaliczyliście to zadanie.

-A jak coś się stanie?

-Pani Pomfrey jest niedaleko.

-Co się może stać, kiedy jest źle wyważony?

-Patrząc na składniki - zaczął Malfoy. - na pewno wysypka, mdłości, bóle głowy, zaburzenia wzroku, być może nieodwracalne, halucynacje lub utrata czucia w miejscu, w którym się go wylało. - wzruszył ramionami. - Zależy co pomyliliście. Może się też nie stać nic, ale eliksir może nie działać.

-Kolejne 20 punktów dla Slytherinu. - Snape pokiwał z uznaniem głową. - Żeby zdać Wasz eliksir ma po prostu nie wywoływać efektów ubocznych. No już, próbujcie.

Uczniowie niechętnie zabrali się za wypełnianie zadania. Harry postanowił pierwszy spróbować, wolał nie narażać Hermiony na ewentualne skutki uboczne. Ale nic się nie stało. Przynajmniej u nich.

Harry wiedział, że co najmniej połowa uczniów nie zaliczy. Snape chyba przygotował się na negatywne wyniki uczniów, bo wyciągnął przezroczystą substancję, którą oblewał ręce niezdających. 

Dłonie robiły się czarne, ale wszystkie skutki uboczne minęły.

-Ile tak będzie to wyglądać? - mruknęła jedna z Puchonek.

-Trzy dni. - odparł Mistrz Eliksirów. - Reszta zdała. Oceny dostaniecie jutro, kiedy już przetestuję eliksiry nie wywołujące skutków ubocznych.

Nie licząc eliksiru Malfoya tylko Ginny i Luna zarobiły oceny z górnej granicy (Powyżej oczekiwań). Jednak Hermiona nie wydawała się być dotknięta ich zwykłym Zadowalającym.

-Jeśli to co widzieliśmy było przyszłością, Harry... - powiedziała patrząc na niego trochę zakłopotana.

-To chciałbym, żeby moja przyszłość tak wyglądała. - dokończył za nią Harry lekko się uśmiechając.



Ron na kolejnym śniadaniu czuł się jak ryba w wodzie. Wreszcie mógł wrócić do wszystkich tu obecnych smakołyków, próbować wszystkiego czego tylko sobie zażyczył, a nie tego, co akurat otrzymał od pani Pomfrey.

-Mówię Wam, to jedzenie jest darem od niebios. - powiedział popijając ostatni kęs sokiem dyniowym.

Harry i Hermiona cicho się zaśmiali.

-W ogóle wiemy kto stał za tym całym atakiem? - zapytał ich jeszcze.

-Nie. - odpowiedziała Hermiona.

-Nic Wam nie mówili?

-Nic a nic.

Harry spojrzał na drzwi wejściowe Wielkiej Sali.

-Malfoy. - mruknął. - On za tym stoi, ja wam to mówię. Trzeba iść za nim i zobaczyć o co chodzi.

-Jem. - odparł Ron buntowniczym tonem.

Hermiona cicho się zaśmiała, wstała i wzięła swojego chłopaka za rękę.

-No to chodź, Harry, musimy przecież to sprawdzić.

Ron zmierzył ich zaskoczonym spojrzeniem.

-Nie było mnie raptem dwa tygodnie, a wy już. - rudzielec pokręcił głową cicho się śmiejąc. - Tylko nie łamcie sobie serc, bo nie ufam tej 'kropelce' od ojca. Podobno mugole używają tego do sklejania wszystkiego, ojciec mówił, że to większa magia niż petrificus totalus.

Zaśmiali się pod nosem i ruszyli tak do wyjścia. Przechadzali się korytarzami w poszukiwaniu jasnowłosego zbrodniarza, który niewątpliwie coś kombinował.

Znaleźli go, a jakże, kiedy niósł na plecach blondwłosą Krukonkę.

-Miło się robi z Tobą zakłady, Draco.

-Dalej nie wierzę, że to zrobiłaś.

-Wiedziałam, że wygram.

-Ale wiedziałaś też jak ten zakład wygląda. Jesteś chyba jedyną Krukonką, która nie kieruje się rozsądkiem.

-I też jedyną, którą nosisz na plecach z własnej woli.

-W końcu podrzuciłaś Weasleyowi niszczycielską gumę.

-Oj, wszystkim wyszło to na dobre. Ron cieszy się z jedzenia, Harry i Hermiona zrozumieli, że powinni być ze sobą, wydaje mi się, że i Ginny zaczęła rozumieć podchody Neville'a, a jak wierzyć Twojemu eliksirowi to wyjdę z tego jako dziewczyna Księcia Slytherinu.

-Jakby wierzyć? - prychnął Malfoy. - Moje eliksiry nigdy nie kłamią.

-Ale przyszłość można zmienić.

-No nie do końca. Wiesz, mogłabyś mi nie powiedzieć 'tak', ale i tak wiedziałbym, że masz to na myśli. Że w tym momencie właśnie to czujesz. I choć nie przyszłabyś do mojego dormitorium na noc to i tak myślałabyś o mnie aż słońce by wzeszło.

-Nie jesteś troszkę zbyt pewny siebie? - Luna uniosła lekko brwi.

-Taki już mój urok. Eliksir pozwala zrozumieć niektóre sprawy. A skoro pomógł Potterowi i Granger to muszę to jakoś przeżyć.

Dziewczyna zaśmiała się i pocałowała chłopaka w policzek. A potem zwyczajnie podeszła do najbliżej stojącej świecy.

-No, więc czas zakończyć zabawę z gumą. - powiedziała przechylając się w stronę ognia.

Dmuchnęła raz a mocno.


I świeca zgasła.  




~fin~ 


Cóż, wiem, że długo, nie do końca tak jak bym chciała i na dodatek miało być zwykłe Harrmione, ale Draluna jest już tak zakorzeniona w mojej głowie, że nie sposób ją z niej wyciągnąć.
Trzeba to przeżyć.
Następne będzie szybciej i krócej ;)

piątek, 13 marca 2015

I have the time of my life fighting dragons with you *

~~~

Piątek trzynastego to mój wyjątkowy dzień, bo właśnie dzisiaj kończę 18 lat ^^

Chyba jestem jedyną osobą, która sama sobie pisze w taki dzień opowiadanie, ale chciałam jakoś to uczcić i tutaj, a przy okazji pokazać jak "świętuję" ze swoimi ulubionymi bohateram wewnątrz mojej głowy. Nie jest to szczyt moich możliwości, bo pisałam to naprawdę na szybko, zaraz mam rodzinną imprezę, a jutro z przyjaciółmi, więc nie bardzo miałam kiedy się za to zabrać. Ale już nie będę przedłużać ;)

Uwaga -> Pod całym opowiadaniem będzie spis jakie osoby są skąd, gdyż kilku na pewno nie znacie ;>



~~~



I said remember this moment *

Muzyka dudniła w uszach, światła wskazywały tu kolor czerwony, tam zielony, a tam jeszcze żółty. Barek był w pełni wyposażony w kolorowe drinki i napoje, które goście chętnie przyjmowali do swych ust.

Parkiet był cały zapełniony kolorowymi głowami, jedna zasłaniała drugą, niżsi w ogóle przestali być widoczni dla patrzących ze stolików.

Muzyka przepełniała całą salę, gości i solenizantkę. Wszakże świętowała ona przy swoich ulubionych piosenkach grywanych przez jej ulubioną blondynkę i ulubionego rudzielca.

Jeśli chodzi o gości, było tu pewne zróżnicowanie.

Na środku parkietu jak nikt kręciła się śliczniutka blondynka z kolczykami w kształcie rzodkiewek i naszyjnikiem z korków po kremowym piwie. Jej partner siedział przy barze z butelką Ognistej whiskey próbując dostrzec dziewczynę w tłumie. Z mizernym skutkiem.

-Daj spokój Malfoy, zaraz wróci, będziemy śpiewać sto lat. - Blaise Zabini zmaterializował się tuż przy jego boku uśmiechając się od ucha do ucha.

-Za dużo pijesz. - odwarknął ten. - Ta Weasley ma na Ciebie zdecydowanie zły wpływ. Nie potrafię sobie wyobrazić jak będę śpiewał komukolwiek jakieś 'sto lat'. I Ciebie także sobie tak nie wyobrażam. To upokarzające.

-Mówi to chłopak Lovegood. - Pansy Parkinson oparła się o ramię przyjaciela. - Zresztą chyba nie masz wiele do powiedzenia. Zaśpiewasz jej czy tego chcesz czy nie.

-Phi, nie ma mowy. Te piegi Waszych partnerów dotarły do Waszych mózgów i zrobiły tam niezły sajgon.

-Draco. - dziewczyna westchnęła. - Nie myśl, że to straszne i po prostu to zrób. Szybko minie. Bezboleśnie.

-To uwłacza mą godność.

-Wiem coś o tym. - blondyn siedzący obok ze szklanką brandy naraz włączył się do rozmowy. - Dorian mam na imię.

-Wiesz, kogoś mi przypominasz. - Draco spojrzał na niego badawczo.

-Tsa, może tego chłopaka, który razem z Katniss, Peetą i Volterem gra w Darta (rzutki).

Wzrok Dracona, Pansy i Baise'a automatycznie powędrował w odpowiednim kierunku.

-Trochę kiepsko widać, ale jesteście podobni. - Malfoy kiwnął głową.

-Kretyni. - prychnęła Pansy. - Do Ciebie Draco jest podobny. Bardzo.

-Wiem o tym. - Dorian wzruszył ramionami. - Autorka była tak nim oczarowana, że i ja i Oliver - ten co gra tam w te rzutki - wyglądamy właśnie tak.

-Jesteście oboje gorący. - Draco skinął z zadowoleniem głową.

-Wiem. - zaśmiał się drugi blondyn. - Dzięki Tobie mam powodzenie. Ten co tam tańczy, koło tej rurki, to mój chłopak, a tam koło Autorki siedzi moja dziewczyna.

-Masz dwoje? - Blaise uniósł brwi.

-Teoretycznie. - Dorian skinął głową. - Praktycznie tylko chłopaka.

-Wziąłbym ją sobie chętnie, ale Ginny... - westchnął Blaise.

-Czeka na Ciebie na parkiecie. - zaśmiała się Pansy. - Chodź, chodź.

-Eeem... Dorian? Czy ona stworzyła jeszcze jednego bohatera podobnego do Draco? - Zabini uniósł brwi.

-W głowie pewnie z milion, ale o żadnym więcej nie pisała. O Natanie jakimś jeszcze słyszałem, pisała o nim z przyjaciółką, ale podobno przerwały.

-Tak, miał to być mój kochanek na relacji kocham/nienawidzę. - Pewna blondynka usiadła sobie na barku. - Melanie jestem. Jej pierwsza bohaterka.

-Ale. Tu. Idzie. Kolejny. Draco. Draco! - westchnął Blaise. - I. To. Z. Potterem.

-Kurwa, co... - Malfoy spojrzał na idących mężczyzn z uniesionymi brwiami.

-Autorka jest fanką drarry. - Melanie cicho się zaśmiała. - Pewnie chciała żebyś był tu i z Luną i z Harrym.

-Właściwie to autorka nie zwie się Melanie?

-Mhm, to dzięki mnie. - dziewczyna wzruszyła ramionami.

-Gdzie zniknął Malfoy dwa z Potterem?

-Potterem dwa. - prychnął mężczyzna z okularach trzymając pod rękę swoją dziewczynę.

-Myślałem, że śmierdzi tak alkohol, a to przecież szlama. - prychnął Draco jeden.

-Odczep się od Hermiony, Malfoy. - warknął Potter.

-Nie mogę zrozumieć jak ona mogła pomyśleć, że możemy być razem. - Draco jeden pokręcił głową.

-Spójrz na parkiet. - zaśmiała się Mel. - wygląda na to, że nieźle się bawicie.

-Koło mojego chłopaka. - Dorian pokręcił głową i ruszył w tamtą stronę.

-Ej, ja się bawię z Luną lepiej, niż Malfoy dwa z Potterem dwa. - prychnął Draco i ruszył na parkiet szukać swej wybranki.

Harry spojrzał na zgromadzony tłum. W jednym z rogów sali można było dostrzec mężczyznę z kobietą o połowę młodszą, która trzymała sztylet w dłoni. Obok stał mężczyzna z hakiem zamiast ręki wraz z blondynką u boku, a jeszcze dalej czarnowłosa kobieta z mężczyzną odzianym w zieleń.

-Robin Hood! - krzyknął Harry i pobiegł z uśmiechem na twarzy w stronę mężczyzny. - Jestem wielkim fanem, mogę prosić o autograf?

-Em... - ten się zawahał.

-Zrób to. - powiedziała czarnowłosa Regina patrząc na swojego towarzysza. - Może wtedy autorka napisze mi szczęśliwe zakończenie.

-Ja też bym prosił. - mruknął mężczyzna z młodszą kobietą u boku.

-A Ty kto? - zapytał grzecznie Harry wyczarowując długopis i kartkę i podając je Robinowi.

-Rumplestiltskin. - odparł mężczyzna.

-Czyli?

Hermiona westchnęła podchodząc do Pottera.

-Rumplestiltskin znany także jako Titelitury. Bohater mugolskiej bajki, który potrafił prząść złoto. Córka młynarza...

-Która zwała się Cora. - wtrąciła blondynka o imieniu Emma.

-... powiedziała, że potrafi prząść złoto ze słomy. Król chciał ją sprawdzić, ale oczywistym było, że  kłamała. Wtem zjawił się Titelitury, który w zamian za kolejno za pierścień, naszyjnik i jej dziecko.

-Serio, miałeś dostać mnie w nagrodę? - Regina uniosła brwi.

-Raczej dostałbym Zelenę. - mruknął Rumple.

-Ugh, nie ma mowy. - prychnęła jego żona.

-A Wy to kto? - zapytała Hermiona.

-Belle. - przedstawiła się towarzyszka Rumplestiltskina.

-Hook.

-Emma.

-Belle z „Pięknej i bestii”, Hook z „Piotrusia Pana”, a Emma? - Harry przekręcił głowę.

-Właściwie to jestem córką Śnieżki i Księcia. - odparła Emma.

-A ja jestem Złą Królową. - dodała Regina.

-Rozumiem. - kiwnęła głową Hermiona. - Autorka lubi baśnie.

-I wampiry. - dodał mężczyzna pijący burbon i obejmujący ciemnowłosą.

-I mieszańców. - dopowiedział inny trzymając dla odmiany w ramionach blondynkę.

Był Klaus z Caroline, był Damon z Eleną, Stefan z Katherine. Dalej była Melanie i Maurice,
gdzieś tam tańczyli Krzysiek z Adasiem, a gdzie indziej Lauren z Anthony'm. Peeta wygrywał w rzutki, a Ludmila i Federico nucili ulubione piosenki Autorki siedząc przy kominku.


Came to my mind I should paint it with a pen **


-Uwaga wszyscy, tort! - Autorka jednym ruchem pióra zwołała wszystkich obok siebie. Osiemnaście kolorowych świeczek widniało na kokosowej masie.

Patrzyła na gości, wszystkich tych, których kochała, o których kochała czytać i pisać. Którzy istnieli w jej głowie i nie musieli istnieć nigdzie więcej. I także Ci, których sama stworzyła.

Była magia, krew i miłość.

I tak miało być dalej.

Więc zdmuchnęła świeczki myśląc „To był koniec epoki, ale początek nowej ery”.


I każdy, bez żadnego wyjątku nawet w postaci arystokratycznej blond czupryny, śpiewał głośno i wyraźnie słowa do „sto lat”.





~End~




Dziękuję bardzo tym, co dotarli do końca, pod spodem ściąga kto skąd jest ;)

- Luna Lovegood, Draco Malfoy (jeden i dwa), Harry Potter (jeden i dwa), Hemiona Granger, Blaise Zabini, Pansy Parkinson, Ron Weasley - książki "Harry Potter"

- Katniss Everdeen i Peeta Mellark - ksiązki "Igrzyska Śmierci"

- Rumplestiltskin, Belle, Hook, Emma, Robin Hood, Regina - serial "Once upon a time"

-Damon, Elena, Klaus, Caroline - seriat "The vampire diaries"

-Lauren i Anthony - z serialu "Faking it", a który ostatnio miałam ochotę.

-Lidmila i Federico - serial "Violetta", z którego lubię praktycznie tylko tę dwójkę.

-Dorian i Alex - bohaterowie mojego własnego opowiadania, które piszę z przyjaciółką Kazią.

-Melanie i Maurice - bohaterowie mojego własnego opowiadania, które piszę z przyjaciółką Olą.

-Oliver i Volter - bohaterowie mojego własnego opowiadania, które piszę z przyjaciółką Werą. 

-Adaś i Krzyś - bohaterowie mojego ulubionego opowiadania, pierwsze opowiadanie yaoi, które naprawdę weszło mi w kości ;>



* - Taylor Swift - Long live
** - Ed Sheeran - Afire love


I to chyba tyle, mam nadzieję, że żadnego bohatera nie pominęłam. Jest tam trochę chaos, ale co tam. Śmieszne jest jeszcze to, że 5 minut temu dostałam zaproszenia na moją imprezę, która jest dziś i jutro. no cóż, bywa, że ludzie Cię nie lubią ;> 

Dziękuję Wam jeszcze raz za to, że jesteście i do zobaczenia niedługo. ;]

sobota, 7 lutego 2015

Clean


-Przecież nic mi nie jest. - jasnowłosa dziewczyna pochyliła lekko głowę w bok patrząc z uśmiechem na przyjaciela.

Sztucznym, bo sztucznym, ale jednak uśmiechem.

-Gówno prawda. - ten prychnął kręcąc lekko głową. - Wstajesz, żyjesz i idziesz spać. Sypiasz z facetami po trzeciej randce, a potem ich zostawiasz.

-Chcę się zakochać. Szukam kogoś odpowiedniego. - dziewczyna wywróciła oczami.

-I masz w dupie, że ten z przydługimi włosami rozbeczał się jak baba, kiedy go rzucałaś.

Dziewczyna zaśmiała się pod nosem podchodząc do drzwi swojej ulubionej restauracji.

-Od kiedy zaczął Cię obchodzić mój były chłopak? - zapytała łapiąc i pociągając za klamkę.

-On? - ciemnowłosy prychnął. - Mam w dupie jego los i dobrze o tym wiesz. Tu chodzi tylko o Ciebie.

-Zawsze traktowałam ludzi jak nic niewarte, zbędne pionki uprzykrzające mi życie. - wywróciła oczami. - Nic się nie zmieniło.

-Zgadza się. Tylko zawsze były wyjątki.

Blondynka westchnęła głęboko. Niechętnie potwierdziła słowa przyjaciela skinieniem głowy.

Weszli do środka i zamówili lody. Ona – miętowe, a on – czekoladowe. Usiedli przy jednym ze stolików przy oknie zajadając się zimnymi przysmakami.

-Teraz takim wyjątkiem zostałem tylko ja.

-Czuj się zaszczycony.

-Czuję. - zaśmiał się przechylając się trochę do tyłu. - Ale nie jesteś szczęśliwa.

-Jestem.

-Uciekasz oczami.

-Nieprawda. Patrz. O teraz. - oparła się łokciami o stolik i spojrzała na niego uważnie. -Jestem szczęśliwa.

-Cały świat w to wierzy. - skinął głową. - Ale ja nie jestem całym światem. Jestem dla Ciebie kimś więcej, wyobraź to sobie.

-Wiem.

-Więc po jaką cholerę łżesz?

Spojrzała w stronę okna. Ciężko było znieść tak intensywne spojrzenie zielonych oczu. Zwłaszcza takich.

-O, idzie Michael, mój chłopak. Muszę lecieć.

-Siadaj. - syknął. - Wracaj tu, no! Słyszysz! Potrzebujesz mnie teraz! Jeszcze Cię dopadnę, zobaczysz.

Słyszała, ale nie reagowała. Wybiegła zostawiając lody na stoliku. Zje, pomyślała, lubi miętowe.

-Cześć kochanie! - chłopak zza jej pleców spojrzał na nią z uśmiechem.

O nie, pomyślała, on naprawdę tu był?

Nie miała najmniejszej ochoty widywać się ze swoim chłopakiem. Najmniejszej. Spojrzała na niego z niechęcią, po chwili zamknęła oczy i westchnęła.

-Przepraszam. - powiedziała nie bardzo wiedząc czemu. Pokręciła głową, odwróciła się i ruszyła przed siebie. Nie oglądała się, nie wiedziała gdzie idzie. Prosto przed siebie, w ciszy, nie odpowiadając na zaczepki żadnego z przechodniów.

Przez kilka godzin wędrowała bez celu, ale to „bez celu” zaprowadziło ją prosto pod żółty, piętrowy domek na obrzeżach miasta. Tabliczka z napisem „na sprzedaż” wciąż czekała i wabiła potencjalnych kupców. Niewiele myśląc przeszła przez płotek tak, jak robiła to miliony razy wcześniej.

Ominęła niewielki ogród, w którym kwiaty dawno zdążyły już zwiędnąć, wspięła się po balustradzie na pierwsze piętro i przez okno weszła do jednego z pokoi.

Tak jak kiedyś.

Pokój był pusty, całkowicie pusty. W koncie, tam gdzie kiedyś skakali po łóżku z czarną, satynową pościelą, teraz widziała tylko obdarty kawałek tapety. A tam gdzie siadali na białym, puchatym dywanie, nie było nic, prób gołej podłogi.

-Dlaczego nie potrafię tak naprawdę dać Ci odejść? - zapytała opierając się o okno.

Aż dziw, że ono stało tak jak kiedyś. Zawsze oglądali z niego gwiazdy. Zawsze widziała stąd inne życie. Nikt nigdy nie docenia swojego szczęścia, dopóki go nie straci.

Trzy kroki w przód.

Dwa w tył.

I obrót.

Kolejna godzina minęła na bezsensownym tańcu i szwędaniu się po opustoszałym pokoju. I w końcu wróciła do domu.

Spojrzała na wazon z białymi różami, które od dziesięciu miesięcy zdobiły jej biurko. Nie były piękne, zdążyły dawno wyschnąć, a woda podtrzymująca je przy życiu - wyparować. Nie zmieniała jej, bo za dużo by o nim myślała. Próbowała wyrzucić zwiędłe kwiaty tysiące razy, ale nigdy jej się nie udało. Listy od niego wrzucała na dno szafki, te całe i te podarte. Żeby nie musiała ich oglądać, ale miała świadomość, że zawsze tam będą.

-Nie potrafię zapomnieć na własne życzenie. - prychnęła patrząc na zdjęcia, które dawno temu wrzuciła pod łóżko.

Sięgnęła po telefon. Dwadzieścia trzy nieodebrane połączenia od przyjaciela i siedem wiadomości. Kochany. Nawet się uśmiechnęła.

Przeczytała wszystkie listy, a te podarte wcześniej podarte posklejała. W końcu usiadła przy biurku z czystym papierem listowym

Drogi,

zaczęła przygryzając czarne pióro. Pierwsze zdania szły koślawo, ale każde kolejne było coraz łatwiejsze. Na papierze widniało kilka pojedynczych mokrych plamek, ale nie zwracała na to większej uwagi. Było jej lepiej, co wcale nie znaczy, że dobrze.

Sięgnęła po swoje ulubione perfumy i psiknęła dwa razy na kartkę. Tak jak zwykła to robić kilka miesięcy, a może już rok?, wcześniej.

Dopiero zamykając kopertę zdała sobie sprawę, że słońce świeci już nad horyzontem. 6:41.

Zamknęła list w kopercie i sięgnęła po telefon.

-Nareszcie oddzwaniasz, martwiłem się. - usłyszała po kilku sekundach. 

-Przepraszam. Możesz pójść ze mną na pocztę?

-Teraz? - zapytał nieco sennie.
-A od które jest otwarta?

-Od ósmej.

-7:50?

-Mogę być gotowy za 10 minut.

-Przyjdę do Ciebie.

-Nie będziesz sama chodziła o tej godzinie po ulicy. Ja przyjdę.

-Dziękuję. - westchnęła do telefonu - Za wszystko.

-Jak się masz?

Uśmiechnęła się lekko.
-Nareszcie czuję, że jestem czysta.  



~~~ 



Późno, bo późno, ale jest. Nie będę kłamać, to opowiadanie całkiem mi się podoba. Taką historię w głowie miałam od kilku dni i ma dużo wspólnego z piosenką mojej ukochanej Taylor Swift pod  takim tytułem jaki nadałam temu opowiadaniu. 
Mała zmiana zasad. Ponieważ widzę, że wchodzicie na mojego bloga, a komentarzy nie ma prawie wcale to zacznę się o nie upominać. Dopóki pod postem nie będzie trzech komentarzy to nie udostępnię niczego nowego. Życie bywa niemiłe ;)

niedziela, 18 stycznia 2015

Mroczny tchórz.


-Uciekasz od kogoś. Pytanie tylko – od pana czy ukochanego?
-...
-Och, rozumiem. Pana i ukochanego.”*



Kolejny zabity człowiek.

Kolejny zburzony dom.

Kolejne zniszczenia.

Szedł jeden, trzymając trzymetrową maczugę w ogromnych łapach. Nic nie robił sobie z królewskiej broni, na nic były strzały z luków, ataki nożami. Potrzeba było stu zniszczonych domów, by jeden z nich padł zabity. Dwustu ludzi na jednego ogra. A ogrów setki.

-Tato, musimy go wezwać, bez magii nie mamy żadnych szans. - ciemnowłosa dziewczyna odwróciła wzrok od okna.

Miała dość patrzenia na to wszystko. Już wystarczająco te stworzenia zniszczyły jej życie. Mogła zrobić wszystko, absolutnie wszystko, byle tylko odgrodzić je od jej świata.

-Nie możemy. On... To samo zło. Nie rozumiesz. Każda umowa ma swoją cenę. Umowy z nim kosztują zbyt wiele. Jego nie obchodzi nasz lud, jedyne na czym mu zależy to zysk i poniżanie ludzi. Takich ludzi nie zrozumiesz, Belle.

Ojciec załamywał ręce, a jej narzeczony starał się udawać prawego rycerza. Każda kobieta w okolicy wzdychała do ciemnowłosego amanta królestwa, lecz ten obrał sobie za cel akurat księżniczkę. I to akurat tę, która za nic miała sobie jego zaloty.

Faktem było, iż po latach nieustannego ględzenia, w końcu przyjęła oświadczyny nie kryjąc przy tym absolutnego i bezkompromisowego braku jakiegokolwiek zapału. Gdyby nie brak matki, gdyby nie ojciec z rozszarpanymi nerwami i brak ataku ogrów, nigdy, przenigdy nie powiedziałaby Gastonowi nawet tak bardzo smutnego „tak”. Ale rzeczywistość kazała jej to zrobić. I ojciec. Bo przecież po jego śmierci ktoś musiał zasiąść na tronie.

-Nie mamy wyjścia. - prychnęła zdzierając zasłony z okna naprzeciwko króla. - Spójrz, ojcze. Twoi ludzie giną. A Ty tu siedzisz i czekasz aż ogry zrobią nam to co mamie.

-Zamilcz. - przerwał jej wstając.

-Zawsze możemy mu odmówić. Ale lepiej wezwać go nim będzie za późno.

-Niech tak będzie, Belle.


Potwór.


Nie spodziewała się, że to ona sama będzie wyznaczoną przez czarnoksiężnika ceną. Ale był to jej pomysł, jej odpowiedzialność. To niedługo miało być jej królestwo. Chciała być bohaterką. Nie mogła zawieść już przy pierwszej niedogodności. Tylko czy można stać się bohaterem z wnętrza zamku Mrocznego?

Wątpiła. Ale jej królestwo musiało być bezpieczne. Nawet jeśli już nigdy nie mogła go zobaczyć.
Wbrew pozorom praca wiecznej gosposi u Rumpelstiltskin'a nie była wcale taka zła. Tęskniła za ojcem, lecz gdy tylko nie musiała wysłuchiwać jak jej nowy Pan (jak ona bardzo nie lubiła tego określenia) katuje kogoś, kto dopuścił się zamachu na jego osobę, wtedy tęsknota przestawała tak bardzo ją dotykać.

Mężczyzna chciał być dokładnie takim, jak opisywał jej ojciec. Chciał być bezwzględny, nieczuły, zimny i zdolny do wszystkiego. Cóż, nie twierdziła, że nic z tego nie było prawdą. Było, nawet wszystko, ale nie zawsze, nie wszędzie.

Wiedziała, że nie chciał jej bez powodu. Potrzebował towarzystwa. Polubił ją, nawet pozwolił zamienić ciemny loch na przyzwoitą komnatę. Podarował jej bibliotekę, nie sprzedał jej cnoty za informacje. I mimo tego, że do urody Gatsona było mu bardzo daleko, to z każdym dniem coraz bardziej cieszyła się z odwołanych zaręczyn.


Bestia.


Każdy posiadał słaby punkt.

Wystarczyło zapytać o dziecko, by Mroczny spiął się i zmienił nieco nastawienie. Widziała to. Ten błysk w oku, złożenie dłoni czy upicie łyka herbaty z ulubionej, wyszczerbionej filiżanki.


A więc syn, ten jego słaby punkt był jej drogą ucieczki. Tylko nim była w stanie rozbić swoją obietnicę: na zawsze. Mogła wrócić do domu, mogła jeszcze zobaczyć świat.

-Więc pozwalasz mi iść do wioski? Ufasz, że wrócę?

-Och, kochana. Liczę na to, że nie wrócisz.

Nie chciał o nim mówić, nie chciał nawet o nim wspomnieć. I przez to wydawał się jej jeszcze bardziej intrygujący. Wiedziała, że syn stanowił najważniejszy element w jego życiu, był tą stroną medalu, której nie chciał nikomu okazać, był dokładnie tym, co było w stanie zniszczyć potężnego magika.

Poszła, tak jak obiecała, chciała uciec, by zagłuszyć walące serce.
Chciała wrócić do ojca, ale co miałaby powiedzieć? Jak uniknąć ślubu? I nie zobaczyłaby swojego Pana, Pana i ukochanego już nigdy.


Tchórz.


Chciała posłuchać opowieści o jego synu. Chciała patrzeć w jego oczy i nie myśleć o niczym innym. Zdała sobie sprawę, że zapomniała o tęsknocie.

Że przez ostatnie dni, tygodnie, spała spokojnie w swojej komnacie.

Że ostatnimi czasy nie siedziała zapłakana i nie czuła tak mocno tej pustki, którą nosiło jej serce od śmierci matki.
Patrząc na zdziwienie czarodzieja czuła się jeszcze bardziej uradowana swoją decyzją o powrocie.

Wiedziała, że jest zakochana. Tak prawdziwie zakochana.


A pocałunek prawdziwej miłości jest w stanie przełamać każdą klątwę.


Mroczny.


Miłość ma wiele twarzy.

Niektórzy nie są w stanie podjąć ryzyka. Zamykają ukochanych, każą im zniknąć i nigdy nie wracać.

Zapominają o nastającej wtenczas pustce w sercu.

W zamku nastał mrok, porcelana została pobita, wrzaski zdążyły ucichnąć. Roznosiło się tylko echo dwóch zdań:

Ponieważ nikt nie jest w stanie mnie pokochać!”

Na zawsze”

W jej przypadku na zawsze nie miało tak silnego znaczenia. Trzeba przejść bardzo krętą drogę by odzyskać miłość. A potem ją stracić i odzyskać ponownie. Zawsze trzeba umieć się znaleźć.

Tak jak dostrzec wśród tony rozbitej porcelany, jedną, małą, wyszczerbioną filiżankę.





~~~


* Once upon a time s01e12


Ostatnio mi nie idzie pisanie, a kończę w zasadzie wszystko za co się zabiorę. Nie powiem, niezbyt idzie mi pisanie o ludziach z seriali, ale jako, że jeszcze półtora miesiąca muszę czekać na powrót tego serialu, to nie mogłam się powstrzymać, by nie napisać czegoś o mojej ulubionej parze rumbelle. 
Nie wyszło do końca tak jak chciałam, w pewnym sensie najzwyczajniej opisałam część odcinka, ale no naprawdę słabo mi idzie z serialami. Uhh... Przepraszam bardzo każdego, kto czyta tego bloga, na pewno się poprawię, teraz się zaczął jeszcze sezon osiemnastek mojego rocznika, za dwa miesiące i ja otrzymam dowód pełnoletności i na tę okazję na pewno coś przygotuję ;)
Myślę jednak, że napiszę coś wcześniej. Mam nadzieję ;>